Zbieżne prostopadłe.
Rozrachunek z koncepcją sojuszu ekstremów



Ja nie jestem z obozu prawicy
Ani z obozu lewicy,
Ja jestem z obozu koncentracyjnego.
-W. Bukowski


Hans Cany jest we francuskim środowisku anarchistycznym outsiderem: wydawca „Kontestation Anarchistce” i przywódca anarchoindywidualistycznej grupy Alliance Drapeua Noire (dawniej Alliance Ouwriere Anarchiste) zarzuca innym formacjom anarchistycznym krypto socjalistyczny charakter, sam zaś oskarżony jest przez nie o współprace ze skrajna prawica. W manifeście „Red With Browns” jeszcze raz zdementował nonkonformizm wzywając anarchistów do zawarcia przymierza z... totalitarystami. Dlaczego?

We współczesnym świecie liczą się realnie dwie siły: pierwsza jest zachodni imperializm, unifikujący świat w imię wolnego rynku i praw człowieka; druga- perfekcyjne ruchy oporu o inspiracji na ogol autorytarnej czy totalitarnej; nacjonaliści, integryści religijni, marksiści....Anarchistom przypadła rola kibiców ,którzy oczekują wciąż na utęsknioną „prawdziwa rewolucje” mogą sobie co najwyżej wmawiać , ze jutrzenka są takie ruchy jak zapatyści (na ogół widziane przez pryzmat marzeń, idealizowane, dekontestualizowane). Większość „rewolucyjnej lewicy” opowiada się w tych zmaganiach za” neutralnością”( nieśmiertelne –„ Niema wyboru miedzy dżumą a cholera”), mniejszość woli popierać mniej lub bardziej jawnie Zachód. Cany proponują im inna taktykę – jego zdaniem anarchiści powinni wziąć aktywny udział w ruchu przeciwko New World Order przyłączając się do sojuszu wszystkich (nawet najbardziej antypatycznych sił antysystemowych). Zalążek takiego sojuszu widział w rosyjskim przymierzu komunistów i nacjonalistów.

Idea „Wielkiej Koalicji Antysystemowej” nie jest nowa. Już Karol Marks pisał w Manifeście Komunistycznym o „socjalizmie Feudalnym ”Młodej Anglii i francuskich legimisto; „proletariacka torba żebraczą potrząsali arystokraci niby sztandarem, żeby skupić lud wokół siebie”. Przed I wojna głosili hasła porozumienia wszystkich wrogów społeczeństwa burżuazyjnego głosili syndykalista Sorel i Monaristaq Marras, przed II wojna – faszysta Drieu La Rochelle i komunista Karol Radek. W 1969 r. Włoski neofaszysta Giorgo Freda znowu podniósł ten sztandar w swej książce „Dezintegracja systemu”, a w Polsce w latach 80-tych zmierzch tradycyjnych podziałów głosił (oczywiście z zupełnie innych pozycji) Adam Michnik.

Było to również moje przekonanie. W 1991r. Skrytykowałem dychotomie podziału „prawica-lewica” na lamach „Myśli Narodowej” , w 1993 r. „Mac Pariadka” opublikowała mój tekst „Anty- Fukujama”, w którym głosiłem ideologie porozumienia ekstremów przeciwko establishmentowi. W odróżnieniu od ideologów Trzeciej Drogi nie usiłowałem dokonać syntezy ideologii prawicowej i lewicowego ekstremizmu ;starałem się natomiast nakreślić na tyle pluralistyczna wizje przyszłości, by mieściły się w niej wszyscy krytycy Systemu.

Wszyscy teoretycy sojuszu ekstremów słusznie skonstatowali, ze prawicowych i lewicowych radykałów łączy nie tylko jednaka postawa buntu przeciwko status quo, nie tylko wróg --- System, ale tez wiele podobnych postulatów programowych (frazeologia wielu rożnych grup ekstremistycznych bywa nieraz nie do odróżnienia). Mimo to idea „koalicji Antysystemowej” nigdy nie została urzeczywistniona, a dziś ( mimo aktywności ruchu Trzeciej Drogi, Nowej Prawicy, Nowej Lewicy, Zielonych) dalej chyba do jej realizacji niż kiedykolwiek. Dlaczego? Być może racje ma Marek Tabor, który w swej recenzji książki „Krucjata łysogłowych” próbował usystematyzować młodzieżowe subkultury:”[...] kontestacje[...] bywają lewicowe i prawicowe. [...] Jedne po drugich dzieli rzecz tak łatwo zauważalną, a jednocześnie podstawowa, jak stosunek do cierpienia. Lewacy odrzucają nasycone codziennym cierpieniem instytucje [...] w imię poszukiwania raju , w którym cierpienia (alienacji) już nie będzie.[...] Z kolei kontestatorzy prawicowi[...] odrzucają „miękkie” instytucje zbudowane [...] w celu realizowania zmniejszających cierpienie kompromisów, w imię wizji świata , gdzie cierpieniu przywróci się jego pierwotny sens, uczynił heroicznym”. Różnice byłyby wręcz fundamentalne, tkwiące w głębi psychik. Od siebie mogę dodać, ze owa praprzyczyna determinująca podział ekstremistów na lewice i prawice tez nie jest odwieczna : jej początków należy szukać w konstentacji lat 60-tych, kiedy rewolucyjny ascetyzm „starej lewicy” został zastąpiony hedonizmem „neolewicowców” (co opisywał chociażby Ch. Reich w „Zieleni się Ameryka”) . Wcześniej wspólna bojownikom skrajnej prawicy i ultra lewicy „autorytarna” mentalność pozwalała im na swobodna dyfuzje (jak miedzy Roterfrontkampferbund a Sturmabteilunen w Niemczech lat 30).

Bez względu jednak na przyczyny faktem pozostaje, ze ekstremiści z obu stron dobrze się czują w przydzielonych im przez System rolach. Nawet jeśli jakiś nonkonformista z początku nie chce n się temu poddać i szuka własnej drogi – rychło wchodzi w równoległe koleiny „prawicy” i „lewicy”, wydeptane przez tłumy innych buntowników. Ekstrema pełnią dziś role „wentyli bezpieczeństwa” Systemu : gromadzą ludzi niepokornych i niezawodnych ze status quo, kanalizując ich aktywność w bezpiecznych dla establishmentu formach (no bo czy ktoś zna przypadek, by jakimkolwiek ekstremistom udało się obalić System?). Narkotykiem ekstremistów jest adrenalina, wypalana w mniej lub bardziej realnych walkach z mniej lub bardziej urojonym wrogiem. Wrogiem, który jest – podkreślamy- totalnie zmistyfikowany; dla lewaków elementem Systemu są „faszyści”, dla prawicowych radykałów –lewicowcy. W rezultacie ekstremiści nie myślą o niczym innym jak o wzajemnym zwalczaniu się – co uważają właśnie za walkę z Systemem. Jeśli dodamy do tego coraz bardziej sekciarskim doktrynerstwem, utratę kontaktu z odczuciami społecznymi i rzeczywistością zmieniającego się świata , samo uwiezienie w środowiskach i mentalnych gettach, to stwierdzić musze, ze z ekstremów nie wyjdzie już nic odżywczego.

Czy oznacza to kapitulacje przez status quo? Nie , oznacza jednak konieczność zmiany strategii. Ludzie poważnie myślący o przekształceniu społeczeństwa powinni przede wszystkim zrozumieć trendy kulturowe i technologiczne, zmieniające rzeczywistość niezależnie od naszej woli, by następnie je wykorzystać czy ukierunkować. Lepiej żeby Transformacja dokonała się na drodze ewolucji wymuszonej technologicznymi i kulturowymi przemianami, niż wskutek krwawej politycznej rewolucji. Dla dokonania pożądanych przemian potrzeba jednak będzie mobilizacja społeczeństwa, dlatego porzucić trzeba zarówno getta ekstremów, jak i intelektualna „wieże z kości słoniowej i zwrócić się do „milczącej większości”. Baza Nowego Centrum mogą być tylko zwykli ludzie, zdegustowani tradycyjna polityka (o czym świadczy rosnąca absencja lub sezonowy wzrost poparcia dla nieokreślonych „partii protestu”), ale tez nie mający nic wspólnego z fanatykami , doktrynerami i dziwakami z ekstremów.


Jarosław Tomasiewicz


<< powrót