Ocalić od zapomnienia: "Ani Wschód, ani Zachód" Wojciecha Giełżyńskiego


Wojciech Giełżyński jest dzisiaj postacią nieco zapomnianą: nie wychodzą jego nowe książki, nie wznawia się starych, nie występuje w telewizji, nie pisuje w wysokonakładowej prasie, nie otrzymuje prestiżowych nagród. Nic w tym właściwie dziwnego, gdyż los taki stał się udziałem wielu wybitnych postaci z kręgów kontestujących PRL – owski porządek, które po obaleniu dawnego reżimu nie rzuciły się na wyścigi bić pokłonów przed nową wizją jedynie słusznej drogi, tym razem w kapitalistycznym wydaniu (wystarczy wspomnieć w tym miejscu choćby przypadek Andrzeja Gwiazdy czy Anny Walentynowicz). Giełżyński, który początkowo znany był z publicystyki i reportaży mieszczących się w akceptowanym przez włodarzy PRL u spektrum tematycznym, obejmującym nędzę Trzeciego Świata, z upływem czasu zbliżał się coraz bardziej w stronę antykomunistycznej opozycji i co za tym idzie zmieniła się także problematyka podejmowana w jego tekstach, zwłaszcza zaś ocena opisywanych wydarzeń. Zawsze był autorem poszukującym, który nie zadowala się obiegowymi opiniami, jego książki – nawet te pisane w czasach konformistycznych układów z wydawcami i cenzorami, jakie zawierali inni twórcy zawsze zawierały cenne elementy i treści odbiegające od powszechnie panującego wzorca. Kto czytał „Medytacje o Świecie Trzecim, Trzeci Świat i dwie trzecie świata czy choćby nawet Sto twarzy Jugosławii lub Rewolucję w imię Augusto Sandino, ten wie, że w osobie Giełżyńskiego mamy do czynienia z autorem nietuzinkowym, zdolnym do naprawdę krytycznej analizy zajmujących go wydarzeń, nie popadającym w schematy ani komunistycznej, ani kapitalistycznej propagandy.

Późniejsze książki Giełżyńskiego, pochodzące z okresu jego współpracy z Solidarnością i środowiskami opozycyjnymi, są dobrym przykładem intelektualnej niezależności, świadectwem dojrzałości i rozsądku w ocenie zjawisk politycznych. Giełżyński zwolennik samorządności gospodarczej i oddolnej demokracji wiąże się z odrodzoną Polską Partią Socjalistyczną w 1987r., zaś z okresu jego związków z opozycją pochodzą takie prace, jak Budowanie Niepodległej, Edward Abramowski zwiastun Solidarności (wydane w oficynach na Zachodzie), czy wreszcie, będąca przedmiotem niniejszych rozważań Ani Wschód, ani Zachód. Jest to książka niezwykła, nie waham się nawet stwierdzić, że jedna z najważniejszych, jakie powstały w naszym kraju. Tak jak szczególna jest jej wymowa, przełamująca czarno białe i prostackie stereotypy i schematy myślowe piewców komunizmu i kapitalizmu, tak i równie szczególny jest moment jej wydania rok 1989. Wali się jeden system, pezetpeerowski beton już wkrótce zacznie ocierać łzy po wyprowadzeniu sztandaru, powstaje natomiast system nowy a koryfeusze styropianowego etosu wchodzą w skład nowego betonu i montują nowe, tym razem słuszne (bo opanowane przez nich i ich koleżków) układy personalne tworzone w imię kolejnej wspaniałej ideologii. Tymczasem Giełżyński, wierny swym przekonaniom i przesłaniu pierwszej Solidarności wydaje książkę, w której stwierdza, że wybór między kapitalizmem a komunizmem nie jest bynajmniej propozycją godną uwagi. Książkę jasno wskazującą, że zamiast po raz kolejny naśladować importowane rozwiązania (i narzekać później w myśl zasady „mądry Polak po szkodzie), które wielokrotnie okazały się nieadekwatne do oczekiwań i problemów przed jakimi stawały zbiorowości ludzkie w różnych częściach świata, powinniśmy wreszcie zrobić coś naprawdę po swojemu i dla siebie, urzeczywistnić utopię Trzeciej Drogi, odrzucającej negatywne aspekty systemów dyktatury proletariatu i wolnego rynku. Urzeczywistnić tę utopię, której najciekawsza i najbardziej trafna wizja została zdaniem Giełżyńskiego stworzona właśnie w Polsce, w postaci pierwszej Solidarności czerpiącej natchnienie z dorobku najoryginalniejszych rodzimych teoretyków myśli społeczno politycznej, m.in. Edwarda Abramowskiego i jego koncepcji rzeczypospolitej przyjaciół. Od wydania książki Wojciecha Giełżyńskiego Ani Wschód, ani Zachód minęło 10 lat, w ciągu których kapitalizm wyparł (pseudo)socjalizm państwowy i skutecznie wyeliminował wszelkie alternatywne wizje i rozwiązania. Mimo tak niepomyślnego rozwoju sytuacji sądzę, iż warto wrócić dzisiaj do tej książki jest ona wciąż aktualna, kto wie czy nawet nie bardziej niż w momencie jej edycji.


Najsłabszym punktem pracy Giełżyńskiego są rozważania dotyczące komunizmu a raczej specyficznego ucieleśnienia tej idei w krajach byłego Bloku Wschodniego i w trzecioświatowych naśladowcach ZSRR, którym poświęcona jest pierwsza część książki. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że autor czyni źle demaskując absurdalność marksistowskich mrzonek i stworzonego na ich bazie ustroju oraz matactwa, jakich dokonywali na całym świecie jego luminarze wykorzystujący naiwność inteligencji i tragiczne położenie materialne biedoty do rozszerzania swych wpływów. Takie są mimo płaczliwego biadolenia rozmaitych miłośników Lenina i Trockiego fakty i nie zdołają ich na dłuższą metę przysłonić żadne piękne hasła o zwalczaniu amerykańskiego imperializmu, obietnice raju na ziemi, zaklęcia o jakiejś tam konieczności dziejowej, slogany o wyzwalaniu uciśnionych ludów kolonialnych i trosce o głodujące dzieci. Giełżyński jest politycznym realistą i zamiast tych historyjek dla naiwnych woli rozmawiać o konkretach: zamordyzmie, biurokracji, korupcji, poddaństwie i serwilizmie wobec ZSRR, absurdalnych i oderwanych od rzeczywistości projektach społecznych i gospodarczych itp. Problem tkwi w czym innym, w tym mianowicie, że egzystencja w PRLowskim realnym socjalizmie wypacza nieco spojrzenie autora zarówno na faktyczną kondycję czerwonego Wielkiego Brata (który mimo demonizowania wpływu na światowy układ sił upadł wkrótce po powstaniu tej książki), jak i na oblicze kapitalizmu (który, choć oceniany raczej surowo, w wielu kwestiach traktowany jest nad wyraz łagodnie).

Widać to już w tytule książki, który choć brzmi nader obiecująco jest pochodną zanegowania przez autora sensowności podziału na bogatą Północ i biedne, eksploatowane Południe. Jego zdaniem stanowisko taki oznaczałoby lekceważenie losu narodów Europu Środkowo -Wschodniej, żyjących pod totalitarnym jarzmem i niewątpliwie miał rację, gdy pisał swą książkę. Jednak dzisiaj Polska i inne ex demoludy wchodzą w skład zacnego grona państw demokratycznych, jednak nie oznacza to jakiejś całościowej zmiany na lepsze. Zamiast uczestnictwa w sowieckim totalistycznym bloku, uczestniczymy w globalnych strukturach militarno imperialnych o nazwie NATO, zamiast poniżania człowieka i jego godności przez paranoiczny system motywowanej ideologicznie eksploatacji, mamy dzisiaj zjawisko podobne, acz zamaskowane innymi uzasadnieniami i sloganami sączącymi się z obiektywnych i wolnych mass mediów. Mniejsza jednak o to, gdyż w omawianej książce chodzi nie tylko o krytykę nieistniejącego już systemu, lecz przede wszystkim o wykazanie, że wszelkie uniwersalistyczne ideologie i rozwiązania społeczno polityczne, mające się rzekomo sprawdzać zawsze i wszędzie, nie oferują w rzeczywistości niczego godnego uwagi społeczeństwom o odmiennych wzorcach kulturowych, funkcjonujących w innych warunkach geograficznych, w odmiennych realiach warunkowanych przez procesy historyczne, itd. Bezmyślne przenoszenie sprawdzonych gdzie indziej rozwiązań w miejsca, które charakteryzują się zupełnie odmiennymi cechami, jest na ogół działaniem przynoszącym opłakane skutki, niezależnie od tego, czy do roli cudownego lekarstwa na wszelkie problemy pretenduje rewolucja proletariacka czy też niewidzialna ręka rynku.

Sedno rozważań autora sprowadza się do konstatacji, że nie istnieją żadne zawsze i wszędzie słuszne sposoby rozwiązywania problemów, bowiem recepta na sukces jest w dużej mierze uwarunkowana rozpoznaniem lokalnej specyfiki i dostosowanie do niej metod postępowania. Wszelkie uniwersalizmy, czy to wolnorynkowe, czy też socjalistyczne i dokonywane w ich imię rozwiązywanie zastanych problemów, są już z samego założenia błędne i szkodliwe, gdyż nie biorą pod uwagę (lub czynią to w niedostatecznym stopniu) kulturowych uwarunkowań ludzkich poczynań, a co więcej lekceważąc je nie tylko nie polepszają sytuacji, lecz częstokroć dezintegrują tradycyjne kultury i styl życia prowadzą do jej pogorszenia. Nie chodzi jednak Giełżyńskiemu o tak modny dzisiaj relatywizm, w imię którego odrzuca się jakiekolwiek trwałe i powszechne wartości w myśl zasady, że każdy sposób egzystencji jest równie dobry. Przestrzega on jedynie przed zbyt pochopnym ferowaniem wyroków o doskonałości jakiegoś systemu i rozwiązania, przed wprowadzeniem ich w życie przy jednoczesnym lekceważeniu wszelkiej specyfiki lokalnej, przede wszystkim zaś przed ich ekspansją przy wykorzystaniu siły i przymusu (zarówno rozumianych dosłownie, jak i stosowaniu różnych form presji ekonomicznej czy kulturowej). Uniwersalistyczne ciągoty propagatorów komunizmu i kapitalizmu są zdaniem autora szczególnie nieuzasadnione, bowiem oba te systemy zawierają zbyt wiele wad, by mogły pretendować do miana rozwiązania optymalnego. Spośród takich zjawisk, które mogą i powinny mieć charakter uniwersalny najbardziej ważna jest zasada samo rządności, czyli kierowania swoim losem przez członków danej zbiorowości. Dlatego Giełżyński akceptując system demokracji parlamentarnej (przedstawicielskiej) nie uważa, aby było to rozwiązanie ostateczne, nie poddawalne próbom ulepszania. Tam, gdzie istnieją odmienne formy samo rządności, osadzone w miejscowych wzorcach kulturowych i mentalności mieszkańców danego regionu nie powinno się w nie ingerować i narzucać innych.

Uwaga Giełżyńskiego koncentruje się na krajach Trzeciego Świata oraz na tzw. obszarach rozwijających się, które w porównaniu do swych sąsiadów mogą szczycić się lepszymi warunkami, lecz które w zestawieniu z państwami wysokorozwiniętymi po prostu klepią biedę. Skupienie się na takiej tematyce wynika zarówno z wcześniejszych zainteresowań autora, jak i faktu, że to właśnie kraje szeroko pojętego Trzeciego Świata stawały się niezwykle często obiektem inwazji ze strony piewców któregoś z cudownych rzekomo rozwiązań: kapitalizmu lub komunizmu, swoistym poligonem doświadczalnym. To także one niejednokrotnie płaciły wysoką cenę za oddanie się w opiekę owych doradców: zdeformowanej struktury społecznej, zerwanych więzi międzyludzkich i tradycyjnych form współżycia, wyeksploatowanych bogactw naturalnych, degradacji środowiska i będącej następstwem tych czynników pogłębiającej się biedy, upodlenia i braku perspektyw. Państwa Trzeciego Świata są doskonałym przykładem obrazującym ekspansję obu dominujących w XX wieku ideologii (oraz ich hybrydy z trzecią faszystowską, w postaci komunistyczno ksenofobicznych reżimów, głównie w Afryce, lub wolnego rynku wspartego zamordystycznymi rządami, głównie w Ameryce Południowej) oraz skutki, do jakich prowadzi lekceważenie rodzimego etosu i obyczajów i bezmyślne zastępowanie ich importowanymi rozwiązaniami.

Giełżyński opisując światową ekspansję komunizmu nie zostawia suchej nitki na środowiskach, które wcielały go w życie w krajach Trzeciego Świata. Nie potępiając samej zasady walki rewolucyjnej (ale i nie uważając jej za jakieś cudowne lekarstwo na wszystkie bolączki), krytykuje jej marksistowskie oblicze, utopijne rozwiązania gospodarcze i społeczne wprowadzane przez zapalczywych młodzieńców zapatrzonych w Che Guevarę, terror i zamordyzm, kolaborację z ZSRR, itp. Zdaniem Giełżyńskiego trzecioświatowe rewolucje niemal nigdy nie miały charakteru socjalistycznego, lecz stawały się z biegiem czasu takimi na skutek zręcznych manipulacji marginalnych uprzednio partyjek komunistycznych (autor celnie opisuje ich wcześniejszą postawę: W rewolucji ich nie było. Oni prowadzili masową pracę polityczną w klasie robotniczej, to znaczy czytali wśród siebie tasiemcowe referaty). Stopniowo zwiększały swój wpływ na przebieg wydarzeń, głównie dzięki błyskawicznej pomocy finansowej i zbrojnej ze strony ZSRR, zaś oddolne, nie motywowane ideologicznie zrywy mające na celu poprawę sytuacji bytowej i wywalczenie swobód obywatelskich, zostawały zmanipulowane za pomocą propagandy o walce klasowej, itp. Autor uważa, że nie możemy mówić o prokomunistycznej rewolucji nawet tam, gdzie ich efektem końcowym było stworzenie zależnych od Moskwy real socjalistycznych reżimów (np. Kuba i Nikaragua), bowiem zrywy te nie były organizowane przez samych komunistów (główną rolę odgrywali ludzie, którzy nie stali się komunistami nigdy, bądź też zostali nimi później jak Castro i Guevara), ani też ich logika, przebieg i stosunek sił nie miały wiele wspólnego z marksowską teorią rewolucji proletariackiej (w wielu krajach Trzeciego Świata przemysłowa klasa robotnicza albo niemal nie istniała, albo jej nieliczni przedstawiciele stanowili ze względu na swój wysoki w porównaniu z innymi warstwami ludności status siłę przeciwną zmianie istniejącego porządku, kontrrewolucyjną).

Trzecioświatową ekspansję komunizmu potępia Giełżyński nie tylko ze względu na rozszerzenie wpływów obozu realsocjalistycznego z ZSRR na czele, lecz przede wszystkim za destruktywne oddziaływanie tego ideologicznie motywowanego eksperymentu na sytuację krajów w których rewolucje się dokonały. Jej zwycięstwo oznaczało nastanie scentralizowanej władzy w postaci wyobcowanej ze społeczeństwa kliki partyjnych przywódców i wiernych im biurokratów, przymusową indoktrynację w duchu marksizmu leninizmu (dostosowanego na ogół w karkołomny sposób do miejscowych warunków), stworzenie rozbudowanego systemu kontroli i represji, przymusowe rugowanie nawet tych wpływów kultury zachodniej, które współgrały z rodzimymi tradycjami. Najbardziej jednak dotkliwymi następstwami porewolucyjnych porządków była ingerencja w dotychczasowy system gospodarczy i kulturowy. Socjalizm oznaczał industrializację prowadzoną często bez związku z potrzebami i możliwościami kraju, w celu stworzenia zastępów klasy robotniczej, której przedstawiciele, jako uprzywilejowani w porównaniu z resztą ludności, stanowili oparcie dla nowej władzy. Proces ten dokonywał się kosztem obszarów wiejskich, na drodze pogwałcenia dotychczasowych zasad gospodarowania i eksploatacji zasobów przyrody. Uprzemysłowienie stanowiło także element planowego niszczenia istniejących struktur społecznych, więzi międzyludzkich, dorobku kulturowego (eliminowanego lub przekształcanego w sztuczny twór służący manipulowaniu masami) wszystko to w celu rozbicia autentycznych wspólnot (terytorialnych, etnicznych, wyznaniowych, zawodowych) stanowiących zagrożenie dla monopolu władzy na urządzanie życia społecznego oraz rozsadnik dawnych tradycji, sprzecznych z ideami realnego socjalizmu. Następstwa takich działań były opłakane i oznaczały na ogół zapaść gospodarczą, dewastację ekosystemu, zagładę wielowiekowych kultur, represje i przemoc. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy było postępowanie w oparciu o obce, nieprzystosowane do lokalnej specyfiki wzorce, a więc rozwój naśladowczy.

Druga część książki poświęcona jest krytyce kapitalizmu systemu, który w dużej mierze cechuje się podobnymi wadami i niedogodnościami co komunizm, prowadząc do równie katastrofalnych następstw. Giełżyński z niepokojem obserwuje mający miejsce w latach 80 tych renesans ekonomicznego liberalizmu (proces znany pod nazwą triumfu neoliberalizmu, symbolizowanego m.in. przez politykę Margaret Thatcher i Ronalda Reagana), ideologii opartej na bałwochwalczej postawie wobec mechanizmów wolnego rynku, upatrującej w nim lekarstwa na wszystkie problemy, w odejściu od tych zasad zaś przyczyny wszelkich nieszczęść. Neoliberalizm pozornie jest cenną doktryną, godzi bowiem w niepohamowany rozrost rządowego centralizmu, wyzwala inicjatywę, przynosi pewne niezaprzeczalne osiągnięcia w dziedzinie rozwoju gospodarczego, etc. Jest przy tym jednak kolejną ideologią pretendującą do miana uniwersalnej odpowiedzi na wyzwania stojące przed zbiorowościami ludzkimi, traktowaną przez swych zwolenników w sposób bezrefleksyjny i dogmatyczny, nie uwzględniający wewnętrznego zróżnicowania ogółu populacji planety.

Teoria "wolnego rynku" – nawet przy założeniu, że przynosi rozwiązania najbardziej skuteczne pod względem gospodarczym nie bierze pod uwagę, iż koszty towarzyszące ekspansji ekonomicznej (kulturalne, moralne, ekologiczne) okazują się niejednokrotnie wyższe niż korzyści. Zdaniem Giełżyńskiego owe oazy szczęśliwości, w których żyją piewcy wolnego rynku& i neoliberalizmu nie są w skali światowej żadną regułą obrazującą słuszność przyjętych założeń i sukcesu wprowadzanych w życie rozwiązań, lecz wyjątkiem, którego taka a nie inna kondycja uwarunkowana jest nie tylko odmiennym, oryginalnym i gdzie indziej nie istniejącym etosem kulturowym, ale i najzwyklejszą w świecie eksploatacją ekonomiczną i surowcową tych obszarów świata, gdzie neoliberalizm jest doktryną narzucaną z zewnątrz. Wolny rynek nie jest i nie może być żadnym uniwersalnym porządkiem, który zapewni wszystkim regionom podobne sukcesy i dobrobyt, nie uwzględniając specyfiki lokalnej (kulturowej, demograficznej, geograficznej, ekologicznej itd.) poszczególnych obszarów. Nie istnieją żadne żelazne i niepowtarzalne reguły, bowiem ze względu na istniejące realnie różnice, efekty zastosowania danego rozwiązania mogą być całkowicie odmienne (Giełżyński podaje przykład braku faktycznej konkurencji na światowym rynku między toną zboża wyprodukowaną przez amerykańskiego farmera i indyjskich wieśniaków, bowiem oprócz różnicy technologicznej i mentalnej mamy tu do czynienia także z odmiennymi warunkami klimatycznymi i glebowymi zaś cena globalna jest jednakowa i nie uwzględnia specyfiki produkcji w obu przykładowych regionach) i to, co przyniosło pożądane i pozytywne efekty w jednym miejscu, gdzie indziej może spowodować katastrofę.

Industrialny kapitalizm nie tylko nie stanowi rozwiązania optymalnego (wystarczy wspomnieć tzw. skutki uboczne jego funkcjonowania: degradacja środowiska, patologie społeczne, rozwarstwienie, marginalizacja wielu grup ludności, itp.), lecz w wielu przypadkach trudno mówić nawet o jego realnej przewadze nad innymi, sytuującymi się poza europejskim kręgiem kulturowym (lub istniejącymi w jego obrębie, lecz mającymi marginalny charakter) rozwiązaniami. Doktryna liberalizmu ekonomicznego wychodzi z takich porównań zwycięsko wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę jedynie wskaźniki ekonomiczne, takie jak: dochód na głowę mieszkańca, tempo wzrostu produkcji, siła nabywcza, ilość inwestycji, wynalazczość, czy nawet poziom życia rozumiany jako dostęp do określonej ilości dóbr i usług. Czy jednak przewaga nad innymi systemami społeczno gospodarczymi będzie tak wyraźna (i czy w ogóle będzie), gdy zamiast o wzroście gospodarczym, produkcie narodowym brutto i innych tego typu zaklęciach zechcemy porozmawiać o innych aspektach życia społecznego? W końcu społeczeństwa krajów kapitalistycznych przodują nie tylko w statystykach obrazujących rozwój ekonomiczny, lecz przewodzą także zestawieniom obejmującym liczbę samobójstw, chorób psychicznych, różnorodnych przejawów frustracji i niezadowolenia ze swej egzystencji, różnego rodzaju patologii i dewiacji, dewastacji środowiska (zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę zniszczenia dokonane z ich przyczyny poza granicami rodzimych krajów). To nie prymitywne i zacofane kraje Trzeciego Świata są odpowiedzialne za zachwianie równowagi ekologicznej (choć obecnie, chcąc na nie zwalić winę lansuje się tezę o przeludnieniu jako głównej przyczynie kryzysu ekologicznego, co zważywszy na fakt, że przeciętne amerykańskie dziecko zużywa więcej energii i surowców niż wielodzietna indyjska rodzina jest po prostu ordynarnym kłamstwem) czy stworzenie realnej groźby unicestwienia życia w ogóle (w wyniku konfliktu zbrojnego).

W logikę kapitalizmu (i innych – choć w mniejszym stopniu ideologii nowożytności) wpisana jest jednak zasada traktowania problematyki społecznej przez wąski pryzmat ekonomii i jej wskaźników, dlatego też na wspomniane wyżej wątpliwości nie ma w nim po prostu miejsca. Obowiązuje tu reguła mieć i produkować więcej żyć lepiej, zaś wzrost gospodarczy stał się synonimem rozwoju społecznego w ogóle. Tymczasem banałem jest dzisiaj stwierdzenie, że wiele ze składników owego wzrostu, choć przyczynia się do polepszenia kondycji ekonomicznej (zwłaszcza w krótkiej perspektywie czasowej), wpływa jednocześnie negatywnie na inne aspekty człowieczego bytu (na wzrost gospodarczy składa się np. wycinanie drzew w Puszczy Białowieskiej, budowa autostrady przez Górę Św. Anny i wynajęcie ochroniarzy by pacyfikowali protest ekologów, handel odpadami radioaktywnymi, produkcja amerykańskich i irackich karabinów, zakup nowych pałek i pistoletów dla policji, itp., itd.), zaś imperatywowi wydajności ekonomicznej podporządkowane są w coraz większym stopniu decyzje polityczne, rozwój nauki i techniki, wzorce kulturowe, przy jednoczesnym lekceważeniu potrzeb wynikających z nieekonomicznych przesłanek.

Jednak nie ma róży bez kolców i mimo starannego ukrywania przed opinią publiczną realnych kosztów owego prężnego rozwoju, stają się one coraz bardziej widoczne. Dostrzega się jak pisze Giełżyński że zawsze w życiu jest tak, że za coś płaci się czymś, choć płatnikiem może być ktoś inny. Zyskując kolejny samochód łatwiej dojeżdżamy do pracy, ale tracimy święty spokój gdy za naszym oknem wyrasta kolejna autostrada lub parking, stosując nawozy sztuczne mamy mnóstwo taniej żywności, ale jest ona coraz bardziej bezwartościowa a ekosystem coraz bardziej zniszczony, zużywamy coraz więcej papieru i kupujemy meble zrobione z kilkusetletnich drzew, ale klimat na świecie jest zachwiany i coraz częściej zdarzają się powodzie, w sklepach mnóstwo jest tanich importowanych towarów, ale nasz ojciec pracujący w małej rodzimej fabryce traci pracę i nie mamy za co żyć, powstaje lek na ospę , ale pojawia się AIDS koło się zamyka i żaden całościowy postęp tak naprawdę się nie dokonuje w skali całego globu na dłuższą metę.

Zdaniem Giełżyńskiego możliwy jest jednak taki rozwój, który umożliwiłby zagwarantowanie stosunkowego dobrobytu materialnego przy jednoczesnym ograniczeniu negatywnych następstw towarzyszących dotychczasowym sposobom jego osiągnięcia (choć o czy warto pamiętać nie jest możliwy świat idealny, w którym dałoby się zagwarantować wszystko i wszystkim). Nie jest on jednak możliwy do zrealizowania na gruncie takich doktryn, które ekonomię i to w dodatku nader wąsko pojętą wynoszą na piedestał, promując zaś swoje rozwiązania nie dostrzegają, że ludzie (jak jednostki i zbiorowości) nie są jednakowi, podobnie jak nie są jednakowe stworzone przez nich systemy kulturowe oraz niezależne od człowieczych projektów warunki geograficzne, przyrodnicze, klimatyczne itp. Nie ma także i być nie może jakiegoś jednego całościowego rozwiązania, które dałoby podobne efekty wszędzie, są jedynie pewne cząstkowe pomysły, które mogą być w mniejszym lub większym stopniu zaadoptowane do różnych systemów przy uwzględnieniu ich specyfiki. Żelazne reguły rynku są mówiąc obrazowo nie tylko skorodowane, ale i podatne na dalszą korozję w warunkach odmiennych, natomiast ich rozkład oznacza pogłębianie się zapaści regionów, w których będą bezwzględnie stosowane. Przenoszenie rozwiązań wolnego rynku do krajów Trzeciego Świata (czy to w celu ich sprawniejszej eksploatacji, czy też w dobrej wierze jako lek na całe zło), bez uwzględnienia sytuacji tych regionów i przy bezmyślnej i dogmatycznej wierze w stuprocentową skuteczność wszelkich reguł ekonomicznego liberalizmu to droga donikąd. Giełżyński na wielu przykładach opisuje fiasko takich sposobów postępowania i ich tragiczne następstwo rozbicie tradycyjnych systemów społecznych i gospodarczych (nie zapewniających oczywiście takiego poziomu życia jak na Zachodzie, ale oferujących pewną stabilność, która w wyniku ekspansji wolnego rynku została zaprzepaszczona).

Wojciech Giełżyński nie uważa jednak, że możliwe i pożądane jest promowanie całkowitej izolacji kulturowej, ekonomicznej i politycznej, odcięcie się od wszelkich wpływów zewnętrznych, co proponują zwolennicy utopii spod znaku autarkii. Wbrew tym krytykom kierunku rozwoju cywilizacji zachodniej, którzy postrzegają go tylko i wyłącznie w kategoriach złego białego człowieka, który niszczył dobre kolorowe ludy, uważa on, że kultura europejska i niektóre jej zdobycze są nie tylko wartościowe, ale i godne naśladowania. Tak jak europejski krąg kulturowy może wiele skorzystać czerpiąc inspiracje z dorobku innych kultur, tak i one mogą przezwyciężyć wiele własnych problemów stosując nasze rozwiązania. Rzecz nie w tym, by zamykać się na wszelkie wpływy z zewnątrz, lecz by umieć oddzielić ziarna od plew i wybrać z dorobku innych to, co cenne i jednocześnie możliwe do zastosowania z powodzeniem w odmiennych warunkach. Izolacjonizm nie jest żadnym sensownym rozwiązaniem na dłuższą metę, bowiem w wielu przypadkach jego jedynym następstwem jest utrwalenie negatywnych zjawisk, które w warunkach danego systemu nie mogą zostać przezwyciężone w oparciu o własne siły i pomysły. Dzieje niemal wszystkich kultur to historia wzajemnego przenikania się wpływów, tendencji, trendów, wynalazków, itp., bez którego to procesu niejednokrotnie niemożliwe byłyby jakiekolwiek zmiany na lepsze. Chodzi jednak o to, aby wszelkie zapożyczenia dokonywały się w rozsądny sposób: bez narzucania siłą, bez towarzyszącej im filozofii mesjanistyczno prometejskiej, bez jakiejkolwiek ideologicznie motywowanej presji, przede wszystkim jednak powinny następować po rozważnym rozpatrzeniu i dostosowaniu do lokalnej specyfiki i przy utrzymaniu integralności zastanego systemu. Tylko takie przenikanie wpływów, które nie nosi znamion ślepego naśladownictwa lub brutalnej ingerencji jest wartościowe z moralnego punktu widzenia, a zwłaszcza skuteczne i przynoszące pozytywne rezultaty.

Zdaniem Giełżyńskiego pojawia się coraz więcej symptomów odrzucania uniwersalistycznych ideologii z ich rzekomo doskonałymi rozwiązaniami wszelkich problemów, jednocześnie znaczenia nabierają takie opcje i stanowiska, które kładą naciska na swoistość, specyficzność, różnorodność i złożoność życia społecznego w łonie poszczególnych zbiorowości i w różnych miejscach globu. Określa je mianem inicjatyw Trzeciej Drogi, zaś ich cechą najważniejszą jest próba przezwyciężenie dychotomii podziału na komunizm i kapitalizm oraz wyeliminowanie wad obu tych systemów. W nich właśnie dostrzega nadzieję na ograniczenie wpływów rozwiązań destruktywnych, niosących za sobą wiele nieszczęść trapiących jednostki i zbiorowości ludzkie zwłaszcza zaś w będącym syntezą wszystkich tych prób ruchu wyrosłym na gruncie polskim, czyli w programie społecznym i etosie pierwszej Solidarności.

Rozważaniom dotyczącym tej kwestii poświęcona jest trzecia i ostatnia część książki Ani Wschód, ani zachód. Giełżyński rozpoczyna ją od konstatacji, że dotychczasowe podziały ideologiczne odzwierciedlone w triadzie lewicy, prawicy i centrum zatarły się, zdezaktualizowały i wyczerpały, jako nieużyteczne nie są więc warte uwagi. Lewicowo prawicowy schemat stał się nieadekwatny (zakładając, że kiedykolwiek taki był ...) wobec wyzwań współczesności, nie odzwierciedlający bogactwa ludzkich postaw, wyborów i oczekiwań oraz odmiennych warunków społeczno kulturowych. Klasyczna lewica i prawica albo po prostu nie istnieją, maskując starymi nazwami i sloganami zupełnie odmienną praktykę, albo też wegetują gdzieś na marginesie nie będąc w stanie zaproponować rozwiązań, które mogłyby doprowadzić do realnej eliminacji problemów. Zawsze oczywiście będą istnieć pogrobowcy dawnej świetności, którzy z zapałem godnym słusznej sprawy co jakiś czas urządzą pięcioosobowy festiwal pokrzykiwań o permanentnej rewolucji, niewidzialnej ręce rynku lub narodowych interesach, jednak proponowane przez nich rozwiązania będą jawiły się jako doskonałe jedynie w teorii.

Stopniowo, w miarę jak przybywało problemów nie dających się rozwiązać poprzez wolny rynek lub centralne planowanie, formować się poczęła nowa jakość. Jak pisze autor omawianej książki: Pojawiło się na całym świecie mnóstwo stowarzyszeń, organizacji, instytutów badawczych, które pilnie poszukują nowej drogi dla zagubionej ludzkości: trzeciej drogi między indywidualistycznym egoizmem Zachodu i kolektywistycznym przymusem Wschodu. Spośród wszystkich tendencji owego myślenia alternatywnego Giełżyński w ślad za W. Lamentowiczem wyodrębnia cztery główne nurty:

- liberalny (podporządkowanie ekspansji przemysłu potrzebom społecznym, nie zaś zyskom wielkich firm, poddanie techniki ocenie ze względu na jej wpływ na zdrowie ludzkie i stan środowiska, ekologicznie motywowane wprowadzenie do praktyki gospodarczej pewnej dozy planowania dróg i sposobów rozwoju, dowartościowanie niewielkich wspólnot i bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, ograniczenie monopolizacji i trywializacji w sferze masowej informacji, dążenie do konsensusu zamiast eskalacji konfliktów i sprzeczności)

- wizjonerski (rewolucyjne zmiany w sferze organizacji i produkcji na drodze przemian kulturowych, minimalizowanie roli państwa i wolnego rynku poprzez wybór życia poza tworzonym przez nie systemem: rozwój kultury alternatywnej, eliminacja struktur biurokratycznych i wzorców zachowań warunkowanych przez system industrialny; sprowadzanie techniki do roli narzędzia służącemu człowiekowi, wsparcie wysiłków na rzecz przywrócenia równowagi ekologicznej przy wykorzystaniu zdobyczy nauki i techniki, decentralizacja polityczna i gospodarcza, promocja rozwiązań małej skali we wszystkich dziedzinach życia społecznego)

- socjaldemokratyczny (położenie nacisku na szeroko pojętą jakość życia i bezpieczeństwo, przekazanie władzy w przedsiębiorstwach pracownikom, częściowe zreformowanie państwa i gospodarki w imię propagowanej przez Schumachera zasady małe jest piękne

- zielonej alternatywy (szeroko pojęty ekologizm: ochrona środowiska, pacyfizm, antybiurokratyzm, bezpośrednia demokracja, krytyka wąskiej specjalizacji w nauce, demaskowanie złudzeń i fałszów racjonalizmu, nowe formy akcji politycznej – happeningi, marsze, etc.)

Oprócz samych, stosunkowo wyrazistych nurtów ideowo politycznych daje się zaobserwować kilka charakterystycznych trendów świadczących o istotnych przewartościowaniach dokonujących się we współczesnym świecie. Są to takie zjawiska, jak: krytyka scentralizowanej władzy politycznej i dążenie do samo rządności, krytyka gospodarki nastawionej na zysk i lekceważącej niematerialne potrzeby ludzkie, wzrost zainteresowania problemami lokalnymi, renesans niewielkich wspólnot, poszukiwanie nowych sposobów egzystencji, uznanie wartości różnorodności kulturowej, krytyka nadmiernej ingerencji w przyrodę i powrót do przedindustrialnego stosunku wobec sił natury, zniechęcenie wobec systemu wartości opartego o mieć itp. Tymczasem stare formacje polityczne nie dostrzegają tych problemów, albo są w tak dużym stopniu uwikłane w istniejące rozwiązania, że nie potrafią zaoferować niczego godnego uwagi rosnącej rzeszy niezadowolonych z obecnego status quo. Giełżyński przywołuje postacie najważniejszych jego zdaniem prekursorów przemian spod znaku trzeciej drogi: Jana Jakuba Rousseau, Piotra Kropotkina, Denisa de Rougemont (publicystę i pisarza katolickiego), Edwarda Abramowskiego, Lwa Tołstoja czy wreszcie Mahatmę Gandhiego, który jego zdaniem zanotował największe sukcesy na drodze wcielania takich ideałów w życie.

Giełżyński przystępując do omówienia różnych praktycznych prób realizacji założeń trzeciodrogowych formułuje aksjomat, który winien lec u podstaw wszystkich systemów alternatywnych wobec dotychczas dominujących rozwiązań. Obowiązującej uprzednio zasadzie, która brzmiała: Postęp nie ma granic. Człowiek panem przyrody. Powrót do natury - to utopia, naiwna robinsonada’. Racjonalizm zwycięży myślenie magiczne. Każdemu wedle potrzeb. Ludzie są równi, przeciwstawia nową: Postęp nierozumny powoduje regres. Panowanie nad przyrodą gubi człowieka. Deską ratunku jest zbliżenie się do natury. Irracjonalizm koryguje butne fałsze racjonalizmu. Na wszystkie potrzeby nie wystarczy. Ludzie są różn.

Wśród najbardziej znaczących przykładów realizacji idei odrzucającej kapitalistyczną i komunistyczną ortodoksję wymienia Giełżyński następujące modele:

- dwudzielnego centrumstosunkowo najmniej godny uwagi, gdyż będący jedynie lekką modyfikacją dawnych rozwiązań. Jest to model występujący w większości państw wysokorozwiniętych, polegający na zdominowaniu sfery politycznej przez dwie lub kilka podobnych w praktyce partii, przekształcających się stopniowo w umiarkowane centrum, opowiadające się za utrzymaniem dotychczasowego kierunku rozwoju przy niewielkich korektach, w gospodarce zaś oznacza on dominację rozwiązań kapitalistycznych z dodatkiem pewnych elementów socjalistycznych (państwo opiekuńcze)

- afrykański wypracowany głównie przez Leopolda Senghora (przywódcę Senegalu) i kilku mniej znaczących polityków. Koncepcja ta kładzie nacisk na rozwój w oparciu o rodzime wzorce (realność ziemi, klimatu i rasy), przy wykorzystaniu filozofii negritude łączącej kulturowe cechy Afryki (spirytualizm, wszechobecność sacrum, poczucie więzi z przyrodą, solidarność i wspólnotowość plemienna, egalitaryzm, godność osoby ludzkiej) z wpływami zewnętrznymi, krytyczną oceną zachodniej eksploatacji i pomocy, promocję samowystarczalności oraz odbudowę więzi społecznych zerwanych na skutek post kolonialnych podziałów terytorialnych.

- ultralewicowy, w skład którego wchodzą: głoszący wiele szczytnych haseł trockizm (Giełżyński jest jednak ostrożny wobec niego, gdyż jest to jakby nie było reminiscencja sowieckiego zamordyzmu), różne wersje trzecioświatowych hybryd nie do końca rozumianego marksizmu i rodzimych tradycji, Libia Kadafiego, pozostająca na uboczu obozu sowieckiego Jugosławia z jej systemem samorządów pracowniczych.

- zielony, obejmujący całą praktykę społeczną ruchu ekologicznego i powiązanych z nim środowisk młodzieżowej kontestacji. Charakteryzuje się on przede wszystkim krytyką cywilizacji przemysłowej i tworzeniem w łonie systemu industrialnego wielu przedsięwzięć alternatywnych, którym przyświeca duch wspólnotowy. Model ten posiada sporo wad, jednak Giełżyński pokłada w nim wiele nadziei, gdyż stanowi swoiste laboratorium nowych pomysłów, idei i koncepcji, które w toku ewolucji mogą nabrać znacznie bardziej sensownego charakteru.

- chrześcijański inspirowany nauką społeczną Kościoła i filozoficznym stanowiskiem personalizmu chrześcijańskiego. Jego doktryna zawarta jest przede wszystkim w społecznym nauczaniu Kościoła, zwłaszcza papieskich encyklikach: poczynając od Rerum Novarum Leona XIII a na kilku encyklikach Jana Pawła II kończąc. Opiera się na przeciwstawieniu zarówno liberalnemu indywidualizmowi, jak i kolektywistycznemu marksizmowi, opowiadając się za wspólnotowością. Krytykuje nadmierną ingerencję państwa w życie obywateli, a w myśl zasady pomocniczości uznaje, że odgórnie można sterować jedynie tymi procesami, które nie mogą być koordynowane na niższym szczeblu.

Jednak szczególnym przykładem Trzeciej Drogi jest Solidarność zrodzony w Polsce ruch społeczny, który zdaniem Wojciecha Giełżyńskiego czerpie w dużej mierze ze wszystkich wyżej wymienionych nurtów, a w przyszłości czynić to będzie w stopniu jeszcze większym, stając się swoistą syntezą całego pozytywnego dorobku alternatywnych koncepcji politycznych, społecznych i kulturowych. I choć w dorobku Solidarności pewne wątki istotne dla innych tego typu formacji potraktowano marginalnie (np. ekologię, antykonsumpcjonizm), głównie ze względu na specyficzne warunki powstania tegoż ruchu, to jednak Giełżyński przewiduje wzrost ich znaczenia w przyszłościowej praktyce i teorii. Inne aspekty koncepcji trzeciodrogowej znalazły w Solidarności nie tylko należne miejsce, ale i rozwinęły się przechodząc najśmielsze oczekiwania i stając się inspiracją dla podobnych inicjatyw na całym świecie. Była to idea samorządności w różnych dziedzinach życia (czerpano przy tym z ogromnych pokładów takich tradycji w Polsce: Abramowskiego, agrarystów, socjalistów, chadeków piewców i praktyków spółdzielczości), która to idea nie mogła się w pełni rozwinąć na skutek wieloletniego centralizmu (najpierw sanacyjnego, później w wydaniu komunistycznym) i wynikającego stąd zaniku samodzielności i odpowiedzialności (rozpowszechnianie postaw klienta i petenta państwo powinno dać i nie ma się co trudzić samemu). Innym istotnym elementem była spontaniczność (przekraczanie barier tzw. realizmu i zdrowego rozsądku), masowość (błyskawiczne zdobycie poparcia setek tysięcy osób), uwypuklanie znaczenia aspektu moralnego.

Istotne jest jednak nie tyle rozpamiętywanie zasług Solidarności i wynoszenie jej na piedestał, ile raczej próba wypracowania na podstawie tego i innych podobnych inicjatyw takich zasad pożądanego ustroju, który mógłby stanowić kierunkowskaz i zachętę do dalszych działań na rzecz jego urzeczywistnienia. Giełżyński wymienia pięć jego cech:

- zrównoważony rozwój w oparciu o minimalizację zużycia nieodnawialnych surowców i korzystanie w możliwy sposób z odnawialnych. Powody: solidarność z przyszłymi pokoleniami (zachowanie gatunku i umożliwienie dalszego rozwoju) oraz z siłami przyrody, której częścią jesteśmy

- dążenie do takiego poziomu egalitaryzacji, który z jednej strony zaspokoi elementarne potrzeby wszystkich ludzi, z drugiej zaś ograniczy marnotrawną konsumpcję lepiej sytuowanych

- utrwalenie demokracji i samorządności w skali lokalnej i ponadlokalnej w formie dopasowanej do tradycji danej zbiorowości

- pełna tolerancja wobec mniejszości, pod warunkiem, że kultywowane przez nie wartości nie naruszają rażąco norm wspólnoty grożąc jej rozkładem

- stworzenie syntezy najbardziej wartościowych elementów doktryn religijnych i świeckiej myśli humanistycznej, jako pewnego uniwersalnego kodeksu postępowania, przy zachowaniu lokalnej specyfiki i zapewnieniu integralności dorobku kulturowego

Od czasu napisania przez Wojciecha Giełżyńskiego książki Ani Wschód, ani Zachód minęło ponad 10 lat. W tym czasie upadł blok sowiecki, kapitalizm (choć nie w ortodoksyjnej, XIX wiecznej formie) rozszerzył obszar swego panowania, Solidarność skompromitowała się popierając neoliberalne przemiany (podobnie zresztą stało się z reaktywowaną przy udziale Giełżyńskiego PPS, która dzisiaj uwiarygodnia politykę SLD) ... Czy jednak wszystko jest już stracone a poniesiona klęska ostateczna? Sądzę, że nie, bowiem rozwój kapitalizmu i generowane w jego trakcie szkody ekologiczne i społeczne prędzej czy później wywołają reakcję i doprowadzą do daleko idących przewartościowań. Powstające jak grzyby po deszczu różne środowiska i inicjatywy poszukujące alternatywnych wobec niego rozwiązań, unikające jednocześnie popadania w czołobitność przed skompromitowanym systemem komunistycznym, świadczą, że nieadekwatność wolnego rynku jest coraz bardziej wyraźna, zaś jego niedogodności dokuczliwe. Przesłanie tej książki wciąż pozostaje aktualne: należy dążyć do rozwoju w oparciu o rodzime wzorce, przy jednoczesnym wykorzystaniu dokonań cudzych, starając się uniknąć błędów tych ustrojów, które dominowały w ostatnim stuleciu i wyrządziły wiele szkód w ekosystemie i stosunkach społecznych.


Remigiusz Okraska


<< powrót