Squatting jako społeczne przetwarzanie przestrzeni.


Co to jest squatting to każdy z potencjalnych czytelników na pewno wie, ale jak to zjawisko ma się w relacji z przestrzenią społeczną a właściwie jej odzyskiwaniem, wtórnym nadawaniem znaczeń i spontanicznym przyswajaniem to już gorzej. Brzmi to bardzo poważnie ale to nie będzie poważny tekst. Postaram się wszystko jak najbardziej uprościć aby osoba nie mająca pojęcia o socjologii miasta mogła to bez problemów zrozumieć.

Zacznijmy od współczesnego dużego miasta. Większości architektów należało by uciec głowy za te koszmarne osiedla – sypialnie, gdzie bloki stawiano na chybi trafił bez ładu i składu, gdzie jedyną zieleń stanowi wydeptany trawnik, a rachityczne drzewka SA połamane. Nie ma punktów zaczepienia może poza kościołem – bunkrem bez okiem i supermarketem. Tak wyglądają obrzeża czyli peryferia. A co oferuje nam centrum: zakorkowane ulice, brzydkie wieżowce, centra handlowe i usługowe gdzie kwitnie bezsensowna konsumpcja, mało zieleni a dużo spalin. Pomijam już dzielnice przemysłowe, gdzie się w ogóle żyć nie da. W tym wszystkim tkwimy jako więźniowie własnych (a często rodziców lub wynajętych) mieszkań. Poza nimi zaczyna się obca przestrzeń należąca do anonimowych sąsiadów, lub znajdująca się w obrębie działań dresów, skinów, kiboli czy mafii. Nie ma tam miejsca ani dla nas ani dla naszej działalności. Odrzucamy to podświadomie nie mogąc się przystosować i zaakceptować takiego porządku panującego w naszym mieście. I nic w tym nadzwyczajnego, każdy zdrowy na umyśle człowiek ma takie same odczucia względem chorego miasta. Bowiem jest to wynaturzenie, miasto które stworzyli ludzie niszczy ich, nie pozwala na swobodny rozwój. Dawniej mieszkańcy wytwarzali wspólną przestrzeń, życie było mniej anonimowe. Sąsiedztwo nie było pustym terminem. Podwórko, ulica, dzielnica, rynek, plac to były miejsca spotkań i intensywnego życia społecznego. Ludzie nie siedzieli pozamykani w mieszkaniach – klatkach ale brali czynny udział w życiu społecznym swojej okolicy. Sprzyjał temu harmonijny układ ulic i domów.

Przejdźmy teraz do squattingu. Większość ludzi squatuje bo nie ma szans na samodzielne mieszkanie. Warstwa ideologiczna takiego przedsięwzięcia jest dopiero na drugim planie. Takie są polskie realia, nie ma tu zbyt dużego wyboru, prawie nikogo nie stać na kupno własnego mieszkania gdy jego cena przypomina tę z Paryża czy Nowego Jorku. Jednocześnie nie wielu squatersów zdaje sobie sprawę z tego jakie szersze znaczenie ma ich działalność i jak wpływa to na życie miasta. Squatting to nie tylko mieszkanie, koncerty, działalność wolnościowa. To wyrwanie molochowi jego fragmentów i przekształcenie na zdatne do życia. Uświadomiłam to sobie w pełni całkiem niedawno będąc kilka dni na squaterskim punk pikniku. Czułam się tam jak w maleńkim innym świecie. Gdzie ludzie nie są bezimiennymi postaciami, pracują, tworzą coś razem, bawią się etc. A dalej, za ogrodzeniem była już inna rzeczywistość, do której wcale nie miałam ochoty powracać.

Wielu dziś narzeka na Christianie w Kopenhadze, ale moim zdaniem to co tam udało się stworzyć ze wszech miar zasługuje na szacunek. Im się udało zagospodarować przestrzeń tak jak pragnęli i modyfikują ją wedle swoich upodobań. Dlatego czują się tam pewnie, swobodnie i mogą w pełni rozwijać swoje zainteresowania i realizować potrzeby. Dotyczy to już znacznego obszaru a nie jednego domu, co pozwala stwierdzić, że na szerszą skalę takie działania również mają sens. Domy ożywiają, ulice staja się miejscem spotkań towarzyskich, nie ma strachu, że za rogiem czai się niebezpieczeństwo. Miasto przestaje przytłaczać lecz staje się całkiem przyjemną dekoracją w teatrze naszego życia.


Natalia


<< powrót