Jaka alternatywa?


Mając na uwadze to, iż temat zagrożeń płynących ze strony globalizacji został z pewnością w większej mierze wyczerpany w zamieszczonych powyżej tekstach, postanowiliśmy poruszyć temat alternatywy wobec owych zjawisk. By nie być jednostronnym i przedstawić tylko i wyłącznie propozycję anarchistów postanowiliśmy zapytać o owe alternatywy również i osoby spoza środowiska anarchistycznego, tak by i one przedstawiły nam swoje propozycje. Oto ich odpowiedzi na pytanie: Co mogłoby być alternatywa wobec globalizacji?



Socjalizm przeciw globalizacji

Apologeci globalizacji zarzucają jej przeciwnikom brak pozytywnego programu, „co proponujecie w zamian” – często można przeczytać w wielkonakładowej prasie sponsorowanej przez międzynarodowe koncerny, akurat „przypadkiem” zarabiające na globalizacji. Co więcej, liberałowie wskazują na ogromne zróżnicowanie przeciwników globalizacji – od amerykańskich związkowców, w przeszłości niejednokrotnie wykorzystywanych przez populistyczną prawicę, po „odlotowych” obrońców żółwi – jakież oni mogą mieć wspólne hasła? A okazuje się, że mogą.

Globalizacja jest nieunikniona w każdej gospodarce na określonym poziomie rozwoju, o ile rozumielibyśmy przez nią globalną próbę rozwiązania problemów ekonomicznych, społecznych, ekologicznych, które już dawno temu przekroczyły granice państwowe. Pytanie, jaka to będzie globalizacja, kto będzie nią sterował, jakie grupy społeczne będą na niej korzystać, jak będzie wpływać na środowisko naturalne? Odpowiedź na te pytania przy obecnej, liberalnej globalizacji wskazuje jasno, że jest to globalizacja regresywna – tzn. wprowadzająca powszechną konkurencję systemów społecznych i zarobków, co prowadzi do obniżania ich poziomu, kierująca się logiką krótkoterminowego zysku przeciw Naturze, odbierająca władzę obywatelom na rzecz rad nadzorczych koncernów. Na takiej globalizacji zyskują najbogatsze państwa, a w nich najbogatsi ich mieszkańcy (we wszystkich państwach świata powiększyły się w ciągu ostatnich dwóch dekad różnice społeczne) oraz ponadnarodowe korporacje.

Nie ma sensu wróżyć z fusów, jaka byłaby pozytywna „globalizacja”. Możemy jednak wskazać kilka ścieżek prowadzących do zmiany jej obecnej formy oraz kilka cech jej możliwej alternatywy. Plusem takiego podejścia, jest to, że te propozycje zostały wypracowane w łonie różnych antyglobalizacyjnych ruchów społecznych – lewicowych, związkowych, ekologicznych itd. Wspólnym żądaniem większości tych sił jest:

- zniesienie zadłużenia krajów Południa i Wschodu, już kilkakrotnie spłaconego (obecnie kraje Trzeciego Świata muszą o wiele więcej płacić krajom bogatej Północy, niż otrzymują od nich pomocy);

- okiełznanie międzynarodowego rynku finansowego przez – przykładowo - zastosowanie podatku proponowanego przez Jamesa Tobina od transakcji na rynkach walut (na spekulacjach na walutach dorobił się czołowy „filantrop” Gazety Wyborczej i piewca „społeczeństwa otwartego” George Soros);

- wprowadzenie nadzwyczajnego podatku od fortun proponowanego przez CNUCED w 1995 r. (225 najbogatszych mieszkańców naszej planety dysponuje dochodami większymi niż 48 najbiedniejszych państw świata);

- zastąpienie Rundy Milenijnej Światowej Organizacji Handlu, negocjowanej bez sukcesu m.in. w Seattle, Rundą Bilansu dotychczasowych działań liberalizujących gospodarkę światową.

To propozycje nie wywołujące zastrzeżeń w łonie przeciwników globalizacji, a co w przyszłości? Dla mnie osobiście mówienie o alternatywie kapitalistycznej globalizacji oznacza po prostu mówienie o socjalizmie przyszłości – jego głównymi cechami mogłyby być:

- demokracja samorządowa – w miejscu pracy i zamieszkania, przy zagwarantowanej wolności słowa (z braku miejsca nie mogę rozwinąć tego wątku, niemniej na potencjalną siłę takiego modelu demokracji wskazywały choćby doświadczenia „Solidarności” w latach 1980-81);

- demokratyczne planowanie gospodarcze w skali regionalnej, kontynentalnej, globalnej, dotyczące decydujących ponadlokalnych sfer ekonomii, ale też koordynacji między różnymi przedsiębiorstwami, czy inwestycji (np. sprawa wykorzystania źródeł energii, transportu międzynarodowego, dofinansowywanie słaborozwiniętych regionów świata, ale też np. inwestycji typu budowa szkoły, czy basenu). Nie bez przyczyny użyłem przymiotnika „demokratyczne” planowanie – niedemokatyczne i biurokratyczne (bez faktycznego dopływu oddolnych informacji) znaliśmy w Bloku Wschodnim – a więc planowanie musi wiązać się z demokracją samorządową i oddolnymi konsultacjach, w których pomocny może być choćby Internet (ciekawym doświadczeniem w tym względzie jest tzw. budżet partycypacyjny zastosowany przez lewicowy samorząd w półtoramilionowym brazylijskim mieście Porto Alegre);

- prawo do pracy, przy stałym obniżaniu czasu pracy (po co harować, skoro można wykorzystać w końcu rozwój techniki, a poza tym po co produkować zbędne gadżety);

- bezpłatność podstawowych usług – transport lokalny (tylko?), mieszkania, szkolnictwo, służba zdrowia.

Oczywiście trudno obecnie przesądzać, na ile w socjalizmie przyszłości byłyby wykorzystywane mechanizmy rynkowe (np. tylko dla zdobycia dóbr luksusowych?), jak byłyby chronione organy koordynujące przed biurokratyzacją, ale to póki co sprawa przyszłości. Czy to utopia? Raczej realne spojrzenie na to, co dzisiejszy świat mógłby zagwarantować swoim mieszkańcom, gdyby nie był kierowany przez pasożytniczą klasę kapitalistyczną. A co więcej, na ulicach Seattle, Millau, Bangkoku, Pragi, coraz liczniejsze są siły odnawiające zapomniane i wyśmiane pojęcie „internacjonalizmu” oraz wspólnie wypracowujące model demokratycznego i sprawiedliwego społeczeństwa przyszłości.

  Dariusz Zalega (PPS, red. „Robotnika Śląskiego”)

(osobom nie obawiającym się ekonomicznego języka polecam antyglobalizacyjne analizy międzynarodowego stowarzyszenia ATTAC – attac.org, a tym zainteresowanym wizją przyszłości na stronę Grupy Badań nad Socjalizmem Przyszłości; guesde.free.fr).



Kilka uwag napisanych na kolanie przy okazji sześciolecia Rozbratu na temat alternatywy / globalizacji

Czy istnieje alternatywa dla globalizacji? Czy w ogóle możliwa jest dziś alternatywa dla (dziania się) systemu, szczególnie zaś dla panującego współcześnie (po średniowiecznym korporacjonizmie i nowożytnym etatyzmie) kapitalizmu, równie totalitarnego –ze swą demokracją rynkową- jak tamte?! W końcu przecież upadł komunizm, kontrkultura wskórała nie wiele (idea luziku stała się wręcz chwytem reklamowym systemu). Otóż sądzę, iż skończyły się czasy prostej odpowiedzi na wszystkie pytania, nie można już nikogo zaszokować żadną formą, nie ma ideologii, której by już nie przerabiano, wszystko już było... Nie jest to jednak problemem, dziś jedyną alternatywą może być bowiem nie forma czy treść, ale sposób funkcjonowania, tworzenie sobie życia samemu (a skoro ludzie są różni, różne będą formy i treści, współistniejąc ze sobą, bez pretensji do wyłączności, tak, jak to było do tej pory, na kolejnych epokach trójpanowania; nie chodzi więc o to, co kto robi –i by robił alternatywnie- ale o to, by robił to sam i dla siebie [bez względu na to, jak szeroko pojmuje się owo ja / my], a nie za czy dla innych). To także próba tworzenia (!) naszego życia razem (tworzenia, a nie dziania się – kiedy działamy nie dla rozwoju życia w ogóle, a przeciw innym, nasze działania znoszą się wzajemnie, a to co się dzieje – na skalę społeczną jest wypadkową sprzecznych dążeń, nie zadowalających nikogo; warunkiem tworzenia jest jakiś konsensus, ustalenie wspólnych zasad a przynajmniej działania nie przeciw innym [czy nawet „za”], ale z nimi). Do tego potrzebna jest jednak solidarność i wspólnota, a tej właśnie, szczególnie w systemie kapitalistycznym (gdzie panuje Jedyny i jego własność) brak, to zaś sprawia, że problemem nie jest sam pomysł na alternatywę (tych jest bowiem całe mnóstwo), lecz szansa na jej urzeczywistnienie. Bo jak np. można zrobić wolność wbrew innym (za nich lub narzucając im ją siłą)? Jest to możliwe w przypadku którejś z form trójpanowania (władzy ideologii, administracji czy kapitału), ale nie wolności – ta, by zaistnieć, wymaga nie tylko akceptacji, ale i zaangażowania ludzi, a z tym są właśnie największe problemy. Ludzie są bierni, przyjmują świat jako gotowy, uznając panujące w nim reguły gry i, co najwyżej, protestują przeciwko jej wynikowi, próbując zmienić swoje miejsce w systemie, zamiast go znieść; żyją przy tym na ogół jeszcze wartościami premodernistycznymi (bóg, honor, ojczyzna, rodzina...) czy, w najlepszym razie, na etapie niezaspokojonego modernizmu (produkcja, konsumpcja i mody), gdy wartości alternatywne (współistnienie różnych dróg do prawdy, różnych form zaspokojenia potrzeb i organizacji życia społecznego, działanie dla rozwoju życia w ogóle, a nie tylko interes poszczególnych żywotów / ego) są postmodernistyczne, nie wychodzą więc poza formacje alternatywne właśnie (a i tu nie w pełni się jeszcze przyjęły, często będąc raczej kolejną modą niż drogą życia ich uczestników), co oznacza, iż skazani jesteśmy z jednej strony na awangardę (i wskazywanie drogi kulturze w przyszłości), a z drugiej – na izolację polityczną w świecie współczesnym (pomijam tu doraźne interwencje, protesty przeciw konkretnym posunięciom władz itp., bo z tego w skali społecznej niewiele wynika, czego najlepszym przykładem jest rewolta ’68: przerwano wprawdzie wojnę w Wietnamie, ale w międzyczasie komunizm upadł nie tylko tam, USA –symbol kapitalizmu- nie ma już żadnego godnego siebie rywala [Unia Europejska może co najwyżej stać się drugim wielkim wcieleniem tego samego systemu], a będący jedynym realnym na skale społeczną osiągnięciem kontestacji luzik –jak wspomniałem- został kupiony jako chwyt reklamowy systemu). Oznacza to, że w najbliższym czasie nie ma co liczyć na rewolucję, potrzeba za to mrówczej pracy (na niewielką zrazu skalę) nad (od)budową więzi międzyludzkich, uspołecznieniem społeczeństwa (dziś będącego zatomizowaną masą, powiązaną z zewnątrz przez instytucje systemu –z tego powodu zresztą mającego się nieźle, bo jest realnym elementem życia- a nie przez wewnętrzną współpracę czy przynajmniej akceptację dla innych dróg, o co trudno nawet w formacjach alternatywnych). Oznacza to również frustrację działaczy – będą więc wypadać z obiegu, popadać w skrajności, albo po prostu szukać mocnych wrażeń, zamiast próbować dotrzeć do owego biernego i „głupiego” społeczeństwa, przekładać na dostępne mu formy alternatywne ideiki (nie biorąc pod uwagę, że nie każdy jest studentem na utrzymaniu mamusi, nie każdy musi fuckować tradycyjne wartości etc., a mimo to może odnaleźć własną drogę w życiu, rezygnując z pośrednictwa systemu), bowiem i oni najczęściej jeszcze nie dojrzeli do alternatywy. W sumie więc idzie nie o wymyślanie nowej Utopii, a o pracę nad sobą / z innymi.

  J@ny (Ruch Społeczeństwa Alternatywnego)



Glokalizacja

Niedawno opublikowane zostały dane, które nie pozostawiają złudzeń: w ostatnich latach pogłębiła się nędza III Świata i zwiększyła się przepaść między bogatymi a biednymi. Od tego momentu zwolennikom globalizacji, dotąd bredzącym że wszyscy na niej skorzystają, pozostał już tylko jeden argument: GLOBALIZACJA JEST NIEUCHRONNA.

A ja się pytam: i co z tego? Śmierć też jest nieuchronna a robimy wszystko co możliwe by ją odwlec. Globalizację można porównać do zlodowacenia. Co w należałoby zrobić w perspektywie zmiany klimatu? Ja uważam, że trzeba by minimalizować negatywne skutki tego zjawiska na miarę swoich możliwości (np. budując ogrzewane schrony, gromadząc żywność itp.). Entuzjaści globalizacji zapewne wymyśliliby kult Wielkiego Mrozu – jest dobry bo nieuchronny, popierajmy go ze wszystkich sił.

Globalizacja jest jednak zaiste siłą straszliwą. Działania jej przeciwników przypominają poczynania mrówki, która chce zatrzymać czołg. Nic więc dziwnego, że niektórzy krytycy skutków globalizacji zapominają, że nawet mrówka ma szansę zapchać przewód paliwowy. Zamiast tego próbują zabrać się na ten czołg i pokierować go we „właściwym” kierunku. Niektórzy antyglobaliści chcą przeciwstawić „złej” globalizacji neoliberalnej jakąś „dobrą” globalizację, np. socjalistyczną czy chrześcijańską. Pojawia się projekt „globalnej demokracji”, lansowany m.in. B. Barbera i G. Sorosa. Jego istotą jest stworzenie demokratycznego rządu światowego, który by okiełznał rozbestwione multikorporacje.

Odpowiadam: to nonsens. Demokracja w skali globu jest niemożliwa. Demokracja ma sens tylko wtedy, gdy opiera się na uczestnictwie i konsensusie (kompromisie). Jak można wyobrazić sobie uczestnictwo pięciu miliardów ludzi w podejmowaniu niezwykle skomplikowanych decyzji? Jak można uzgodnić wspólne wartości w tak zróżnicowanym świecie? Czy przypadkiem Europa pod szyldem „globalnej demokracji” nie będzie chciała narzucić swojej kultury ludom III Świata? Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że to my przyjmiemy wartości islamskie, choć muzułmanów jest więcej... Mówiąc krótko: „globalna demokracja” byłaby tylko parawanem dla globalnej dyktatury.

Z drugiej wszakże strony racji bytu nie mają też obrońcy państwa narodowego, ksenofobowie, separatyści. Walczą zaciekle ale skazani są na zagładę. Ich determinacja nie jest w stanie przeważyć potęgi McŚwiata tak jak bohaterstwo indiańskich plemion nie uchroniło ich przed białymi osadnikami. Indian pognębiło nie tylko zacofanie technologiczne. Każdy ze szczepów w samotności bronił tylko swego skrawka ziemi, obojętnie odnosząc się do walki sąsiadów. To samo obserwujemy dziś. Siły Dżihadu są podzielone i skłócone, poszczególne frakcje ruchu oporu nienawidzą bardziej siebie nawzajem, niż globalizacji. Palestyńczycy i Żydzi, Albańczycy i Serbowie, ulsterscy protestanci i katolicy zwalczają się w imię TYCH SAMYCH WARTOŚCI! Tymczasem McŚwiat, który za nic ma religijne świętości czy przywiązanie do jakiegoś terytorium, może dowolnie wygrywać przeciw sobie krótkowzrocznych fanatyków. Ot, ostatni przykład, gdy ultralewicowi nacjonaliści albańscy z Kosowa nie pogardzili pomocą NATO.

Cóż więc robić? Moim zdaniem najsensowniejszą odpowiedzią jest GLOKALIZACJA – urzeczywistnienie w praktyce hasła „Myśl globalnie, działaj lokalnie”. Oznacza ona budowę sieci autonomicznych wspólnot, niezależnych od siebie ale koordynujących swe poczynania.

Po pierwsze, należy więc BUDOWAĆ WSPÓLNOTĘ. Szukaj ludzi sobie bliskich, wyznających te same wartości. Organizujcie się – w kluby, stowarzyszenia, samorządy. Twórzcie własny obieg informacji: pisma, listy dyskusyjne, może rozgłośnie radiowe. O ile to możliwe – znajdujcie sobie „niszę ekologiczną” na jakimś terytorium. Jeśli wasze wartości popiera większość mieszkańców można wykorzystać samorząd terytorialny. Jeśli nie to można próbować założyć komunę na wsi czy squatt w mieście. Tak czy owak – spróbuj się odnaleźć w swojej społeczności lokalnej.

Po drugie, NIE ZWALCZAJCIE INNYCH WSPÓLNOT. Taką alternatywną wspólnotę tradycyjnych katolików buduje – powiem rzecz niepopularną – znienawidzone w kręgach wolnościowych Radio Maryja. Ale dlaczego ono ci tak przeszkadza, kolego ateisto? Przecież nie musisz go słuchać (zresztą założę się, że i tak go nie słuchasz). Albo komu przeszkadzał Randy Weaver? Niezorientowanym wyjaśniam, że był to biały rasista, który nie chcąc kontaktować się z kolorowymi wyjechał z rodziną na leśne pustkowie, ale i tam został dopadnięty przez FBI... Wiem, że to może już budzić opory. Nie jestem za żadnym „sojuszem ekstremów” (z idei tej wycofałem się pięć lat temu). Jestem jednak za niepisanym paktem o nieagresji. Chodzi po prostu o to, by zachować właściwe proporcje między zwalczaniem Systemu a walką z ekstremistami z drugiej strony barykady. Jasne, gang agresywnych skinheadów trudno jest tolerować. Nikt nie wymaga nadstawiania drugiego policzka. Byle nie było to szukanie przeciwnika w myśl zasady, że „najlepszą obroną jest atak”, co tylko nakręca spiralę przemocy. Ocean neoliberalizmu zalał tak wielki obszar, że dla każdego starczy miejsca.

Po trzecie, dla mnie (nie polecam tego anarchistom) program glokalizacji to także OBRONA PAŃSTWA NARODOWEGO. Wprawdzie nieco wyżej pisałem, że i tak skazana jest ona na porażkę, ale oznacza ona odwleczenie momentu, gdy na świecie zapanuje globalna dyktatura multikorporacji. Dopóki społeczeństwa choćby w ograniczony i niedoskonały sposób wywierać będą wpływ na rządy narodowe – dopóty wielki kapitał nie ma jeszcze władzy totalnej. Dopóki istnieją jeszcze niezależne państwa – dopóty przeciwnicy takiego czy innego systemu mogą się ratować ucieczką zagranicę (wszystko jedno: do USA czy – jak zapowiadał Lepper – na Białoruś). Gdy powstanie Państwo Światowe uciec będzie można już tylko na Księżyc. Żeby było jasne: nie mam złudzeń. Widzę, że państwa narodowe stają się fasadą, za którą panuje Rząd Światowy – policja w narodowych mundurach strzeże prawa, którego zręby zostały wypracowane w Waszyngtonie i Brukseli. Tym niemniej wciąż jest to, jak nazwał to Hakim Bey, „tymczasowa strefa autonomiczna”.

Glokalizm (solidarność różnych grup antyglobalizacyjnych na całym świecie) jest programem defensywnym. Nie wierzę w możliwość obalenia Systemu (chyba, że nagle wybuchłby światowy kryzys ekonomiczny). Mam tylko nadzieję na złagodzenie jego dolegliwości.

  Jarosław Tomasiewicz (współredaktor biuletynu "zaKORZENIEnie")


<< powrót