Meksyk. Duch Zapaty ciągle żywy


Tak się złożyło, że przez ostatnie trzy miesiąc mieszkałam i podróżowałam po Meksyku. Mogę więc cos napisać na temat tego kraju. Żeby było jasne, nie pojechałam tam się opalać i spać w hotelach. Był to wyjazd stricte polityczny i w pewnym sensie naukowy ponieważ jestem antropologiem, a jak wiadomo rodzina meksykańska składa się z matki, ojca, 5 dzieci i jednego antropologa. Takie tam krążą anegdoty.

Co powinniśmy wiedzieć o Meksyku aby lepiej zrozumieć to co się tam obecnie dzieje, przede wszystkim jest to bardzo duży kraj Trzeciego Świata (2 mln km.kw.), zamieszkuje go 100 milionów ludzie (około 25 milionów ma pochodzenie indiańskie), około 60 milionów żyje poniżej minimum socjalnego, a analfabetyzm sięga do 40%. Przetrwało tam do dziś 50 kultur indiańskich, głównie w regionach mało dostępnych oraz innych mniejszości etnicznych np. potomkowie czarnych niewolników z Afryki. Bogactwo kultury, sztuki, tradycji jest ogromne choć, mało który Meksykanin zdaje sobie sprawę z tego co ma, bo walka o przetrwanie, bieda i ciężka praca determinują jego życie. W porównaniu z tym co tam jest, to u nas jest przysłowiowa „Ameryka”. Istnieje tez dość wyraźna różnica miedzy przemysłową północą i biednym południem. Jak mówią sami Meksykanie, są oni przede wszystkim futboleros, guadalupanos i telenovelistas. To, że kochają piłkę nożną nikogo chyba nie dziwi, do dziś wspominają tez jak to nędznie wypadli Polacy u nich na mistrzostwach w 1986. przejdźmy do drugiego określenia czyli guadalupanos. Bozia z Guadelupe to tak jak nasza częstochowska. 12 grudnia każdego roku setki tysięcy ludzi przybywają do bazyliki w mieście Meksyk. W tym roku jedna osoba zmarła a 10 zostało stratowanych przez tłum i skończyło w szpitalu. Każdy meksykański katolik musi pomodlić się przed obrazem, żeby mu to ułatwić zainstalowano 4 nowoczesne taśmociągi. Czy można sobie wyobrazić autentyczne przeżycie religijne klęczącego wiernego na taśmie jak w fabryce Forda? Widocznie cuda się zdarzają. Na koniec zostały nam uwielbiane przez gospodynie domowe telenowele. Moi meksykańscy przyjaciele byli w szoku gdy im powiedziałam, że w Polsce dla przeciętnego obywatela Meksyk kojarzy się z tequilą, sombrero, Zorro i „Esmeraldą”. No cóż, żeby było jasne, Meksykanie też wiedza o Polsce tyle co kot napłakał. O ile każdy zna el papa to mało, kto wie, że Chopin, Skłodowska czy Kopernik byli Polakami choć nazwiska te są im znane. Nasza i ich ignorancja są sobie równe. Jedynie pani z okienka pocztowego przebiła wszystkich pytając mnie przy okazji kupowania znaczków czy Polska to w Europie leży?

A teraz więcej szczegółów z życia codziennego. Moje pierwsze spotkanie z Meksykiem to oczywiście lotnisko a tam obrzydliwy oficer z biura migracyjnego, który zadawał mi dość dziwne pytania po czy jak się później okazało wpisał mi w kartę turystyczna tylko 30 dni pobytu co spowodowało moje późniejsze kłopoty i w efekcie przedterminowy powrót do Warszawy.

Kolejny szok to dom i rodzina u której mieszkałam przez pierwsze trzy tygodnie w jednej z biedniejszych dzielnic miasta (10 de Mayo). Dom był dość lichej konstrukcji, niewykończony, miał patio (podwórko), dwa pietra i mieszkało w nim 12 osób czyli 4 pokolenia. Życie codzienne tej rodziny dostarczyło mi wiele ciekawych obserwacji co pozwoliło mi lepiej zrozumieć tych ludzi. Przy całej ich biedzie i skromnej egzystencji czułam się tam bardzo swobodnie i niczego mi nie brakowało (no może czasem ciepłej wody by się wykąpać). Pewnego razu wychodzę przed ten dom, a tam jak gdyby nigdy nic leżą dwie krowie głowy w foliowych workach i jeszcze jakiś pies to pożera, zrobiło mi się słabo, ale potem takie widoki były już codziennością (nie mogłam tylko przywyknąć do kurzych łap w sosach chili , które namiętnie konsumowały pasażerki mikrobusów, za każdym razem robiło mi się niedobrze, oraz plastikowych woreczków pełnych chrząszczy sprzedawanych na targu, podobno to danie prekolumbijskie cieszy się dużą popularnością, jest nawet specjalne święto w miasteczku Taxco kiedy to mieszkańcy udają się na wzgórza w celu pozbierania kopulujących chrząszczy i urządzenia uczty – pikniku). Mój meksykański przyjaciel pewnego razu zażartował sobie ze mnie zjadając na moich oczach nieszczęsnego owada a potem próbował mnie pocałować, na szczęście z miernym skutkiem. To tyle z ciekawostek kulinarno – niewegetariańskich. Wróćmy do życia w największym mieście świata – prawie 25 milionów ludzi, powierzchnia 2 tysiące km kw. Otóż największym horrorem dla mnie była początkowo orientacja w mieście i komunikacji miejskiej. O ile metro z 12 liniami po tygodniu przestało stanowić zagadkę to autobusy i peseros (mikrobusy) do końca pozostały tajemnicą, raz nawet udało mi się zgubić. Mimo wszystko poruszać po mieście można się w miarę szybko i sprawnie a wielką zaletą są niskie ceny (metro ok. 50-60 gr. wraz z przesiadkami itd., mikro od 80 gr. do 1,5 zł. w zależności od odległości). Poza tym w metrze praktykuje się truc czyli wchodzi jedna osoba z biletem a reszta za nią. Inna rzecz, która jest dla mnie ważna to życie ulicy. W mieście tym wszystko rozgrywa się na ulicy. Tu się je, pije, spotyka z ludźmi, robi zakupy. Nie potrzeba nigdzie wchodzić by zaopatrzyć się we wszystko co dusza zapragnie. Niezliczona ilość comedores, mercados i tiangis (jadłodajni, targów, bazarów) pozwoliła mi żyć na przyzwoitym poziomie za 2-3$ dziennie.

Miasto to, to również moloch pełen samochodów, śmieci, zanieczyszczeń, smogu. Przestępczość podobno kwitnie, są dzielnice do których nawet w dzień lepiej nie wchodzić. Mnie na szczęście nigdy nie spotkało nic przykrego, więc nie przesadzajmy z tym niebezpieczeństwem, o którym wszyscy tak trąbią. Da się żyć choć głowa boli od spalin.

Inna przygnębiająca rzecz to slumsy, ciudad perdida (zatracone miasto) jak się je tam zwie. Można je spotkać nie tylko na obrzeżach ale nawet i w samym centrum. To całe ulice bud skleconych z czego się da lub niedbałe klity z pustaków. Wyrastają zazwyczaj wzdłuż osiedli bloków ogrodzonych siatka lub murem. Ludzie żyją tam w strasznych warunkach i biedzie. Codziennie wieczorem, gdy wracałam do domu przejeżdżałam przez slumsy, w tej podróży pesero towarzyszyły mi bandy kolesi, którzy za rogiem pewnie pokroiliby mnie w paseczki, ale i kobiety z małymi dziećmi, tobołami, ludzie starsi etc. Wysiadali wcześniej, więc do domu dojeżdżałam już prawie pustym mikrobusem. Kolejna sprawa to metro pełne handlarzy i żebraków. Ludzie bez nóg, ślepcy, wszystkie dzieci Gai grające na gitarach, akordeonach, śpiewające lub sprzedające gumę do żucia. Oprócz niepełnosprawnych żebrzą również dzieci, Indianie umierający z zimna i głodu na północy kraju, samotne kobiety z dziećmi etc.

Osobna grupę „ludzi metra” jak ich sobie nazwałam, stanowią handlarze. Nie wiem jaki jest procent zatrudnionych w „metrze”, ale nie można się od nich opędzić, trwa tam ciągle prawdziwy bazar rzeczy wszystkich, potrzebnych i niepotrzebnych. Są one rzeczywiście dużo tańsze niż w sklepach a nawet na ulicy. Krążą nawet anegdoty na temat bezrobocia w Meksyku, które podobno jest bardzo małe, ale na pytanie „gdzie pracujesz?”, ludzie odpowiadają „w metrze”. Kolejni bywalcy kolei podziemnej to ludzie oddani idei, są wśród nich strajkujący studenci, robotnicy ale i sekciarze. Pewnego razu musiałam niemal przez pół godziny wysłuchiwać pieśni o tym jak Jezus nas kocha, a potem jeszcze nawiedzonych przemówień. Strasznie bolała mnie głowa a koleś był niezmordowany.

Przejdę teraz do życia prowincji, bo wygląda ono zupełnie inaczej. Dla ścisłości podam, że byłam tylko w stanach Mexico, Guerrero, Oaxaca i Chiapas (te trzy ostatnie to najbiedniejsze w całym kraju). Widziałam więc praktycznie tylko południe i to o nim chce trochę napisać. Życie tam jest o wiele spokojniejsze niż w stolicy i toczy się mozolnie, po woli od czasu do czasu wstrząsane przez jakąś guerrile (a ta istnieje we wszystkich trzech stanach) lub trzęsienie ziemi. Analfabetyzm, bieda, prymitywne rolnictwo wśród wysokich gór, uprawy bananów i kokosów na wybrzeżach, zniszczone drogi lub ich brak, niedorozwinięty transport – to charakterystyka tych okolic. Są tam miejsca odseparowane, które funkcjonują tak jak w Afryce. Na przykład raz na kilka miesięcy pojawia się lekarz i ludność z okolicy kilkudziesięciu kilometrów schodzi się na konsultacje, panuje głód a pomoc przychodzi w postaci puszek zaś ludzie ci nie wiedza co to puszka i jak to jeść etc. (to w Guerrero). Tak, tak to nie jest obrazek z Etiopii czy Górnej Wolty, ale również codzienność niektórych społeczności w Meksyku. Tam też umierają dzieci na malarię, czerwonkę, cholerę etc. Są szpitale gdzie nikt nie ma wykształcenia medycznego (autentyczna historia opowiedziana mi przez pielęgniarkę - anarchistkę z Niemiec, która przez trzy miesiące pracowała w Chiapas i była jedyna osobą, która miała uprawnienia do pracy w szpitalu, tłumaczyła książki z niemieckiego a reszta studiowała po nocach te podręczniki by się z nich czegoś nauczyć). Największym marzeniem ludzi z takich odizolowanych wiosek jest wykształcenie dziecka na lekarza lub nauczyciela. Nadal istnieje system, że cała wieś zrzuca się i wysyła najzdolniejsze dziecko do szkół aby potem wróciło do nich i im pomogło.

Wszyscy wiedza co się dzieje w Chiapas, ale mało kto wie na przykład o regionie w Oaxace co się zwie Loxicha. 4 lata temu odkryto tam złoża uranu i postanowiono zbudować kopalnię (oczywiście chodzi o eksport uranu do USA, wiadomo że do produkcji broni nuklearnej się przyda). Ludność indiańska z Loxicha (ok.35000 ludzi) nie chce opuścić swoich ziem, więc zaczęły się morderstwa, zaginięcia, porwania, wyciąganie w nocy mężczyzn i procesy pod zarzutem udziału w partyzantce. Obecnie w wiezieniu siedzi 96 osób, maja wyroki nawet po 50 lat. Ich żony, matki, córki okupują plac przed siedzibą stanowego rządu. Od 2 lat mieszkają na ulicy, sprzedają koszyki wyplatane przez ich mężów w więzieniu. Terror w Loxicha jednak nie zanikł. Nadal gnębią tych ludzi oddziały paramilitarne, dawni pistoleros, którzy w 1980 roku zamordowali 80 wieśniaków, gwałcili kobiety i okradali gospodarstwa. Oprócz oddziałów paramilitarnych w akcji przeciwko oddziałom z Loxicha (1996) brało udział wojsko meksykańskie i agenci FBI.

A teraz trochę o Chiapas. Byłam tam tylko dwa tygodnie, z tego 5 dni w jednej z komun: Aguascalientes de Morelia. Spędziłam tam Sylwestra i Nowy Rok. To dość krótko, ale wystarczyło by się w pewnych rzeczach zorientować. Przyjechaliśmy tam grupką 7 osobową (ja, 2 Meksykanki, Irlandczyk i reszta Amerykanie). Z San Cristobal musieliśmy się wydostać w środku nocy, bo tylko o tej porze można próbować się tam dostać i nie natknąć się na patrol (w Chiapas stacjonuje 80 tys. wojska). Takie spotkanie mogłoby się zakończyć szybka deportacją. Również powrót wyglądał podobnie, to znaczy pod osłoną nocy. Oprócz nas w Moreli zjawiło się jeszcze około 30 osób – Hiszpanie, Anglicy, Francuz, Argentyna i oczywiście gringos. Co dla mnie było szokiem to stosunek tych ludzi do tego co się tam dzieje. Oni przyjechali po prostu zabawić się na Sylwestra i nic więcej ich nie obchodziło. Nie można było nawet zrobić z nimi wspólnej kuchni i zmywania. Ignorancja, brak podstawowej znajomości hiszpańskiego spowodowały, że nie miałam zbyt dużej ochoty się z nimi zadawać. Totalni ignoranci na ekscytujących wakacjach. To zburzyło mój mit pracy na rzecz ludzi w Chiapas etc. Przejdźmy jednak do samej komuny. Widać ile pracy włożyli w budowę tych kilku drewnianych baraków, murowanej części szkoły, boiska do koszykówki etc. Ludzie ci uprawiają kawę i z tego się utrzymują. Kilogram tej kawy tzw coyotes kupują od nich po 1.5$ a ten sam kilogram kosztuje potem w Stanach 10$. To nam daje pojęcie dlaczego panuje tam taka bieda. Brak możliwości zbudowania alternatywnej sieci dystrybucji tej kawy skazuje ich na ciągłą walkę o przeżycie. Komuny funkcjonują, ale raju na nich nie ma. Ciągłe problem z armią, strach przed pacyfikacją, wrogo nastawieni sąsiedzi, brak możliwości szerszego otwarcia się na świat, totalna izolacja etc. Dziś wszelkie projekty skupiają się na budowie szkół, kanalizacji, ochrony zdrowia etc. Czyli na pracy na rzecz rozwoju samych komun, ale moim zdaniem bez zmian na zewnątrz, bez budowy dróg, jakiejś sieci sprzedaży ich produktów etc. te komuny pozostaną w izolacji i w pewnym momencie przestaną się rozwijać. Jeśli mają ci ludzie mieć szanse na inne, lepsze i godne życie trzeba stworzyć im możliwość rozwoju także na zewnątrz, inaczej to co produkują trafia w ręce korporacji i nic się nie zmienia. Będzie to nadal świat zamknięty, odcięty drutem kolczastym (dosłownie) od reszty sąsiadów, gdzie egzystencja jest bardziej znośna, ale nie oszukujmy się, bieda jest zawsze biedą. To tyle tych refleksji na temat komun, mogę dorzucić kilka mniej lub bardziej pozytywnych szczegółów, ale najlepiej po prostu tam jechać i zobaczyć samemu.

Teraz, jak już jestem przy sprawach politycznych to chciałabym napisać cos o strajku studenckim, który trwał 9.5 miesiąca na największym uniwersytecie Ameryki Łacińskiej – UNAM (270 tys. studentów). Wraz z propozycją sprywatyzowania uniwersytetu za kasę z Banku Światowego 85% studentów przegłosowało strajk okupacyjny. Zaczął się on 20 kwietnia 1999 i w ostatnia niedziele, gdy to piszę (6.02.2000) policja wkroczyła na wydział wyrzucając studentów (ponad 1000 ma mieć procesy, część przebywa w aresztach). Strajk trwał nieprzerwanie, brali w nim udział studenci, wykładowcy, pracownicy i rodzice studiujących. Ludzie ci powiedzieli nie dla neoliberalnej polityki państwa. Duch Zapaty, Flores Magona i Che Guevary się tam unosił. Musze przyznać, że przebywając na okupowanym uniwersytecie czułam się jakbym odbyła podróż w czasie do ’68 roku. Te same nastroje, te same problemy. „Żadnego kroku w tył” głosiły transparenty, ludzie pełni energii, spontaniczność, cotygodniowe manifestacje, zażarte dyskusje (wiadomo, że poglądy się ostro ścierały bo ruch był wewnętrznie zróżnicowany), wspólna kuchnia, niezależne pisma (nie tylko informacyjne ale i literackie), wyzwolona sztuka, przedstawienia, kino, koncerty, wystawy. To tak jakby nagle ludzie ci poczuli, że tworzą coś więcej niż grupę studentów, że problemem nie jest tylko uniwersytet ale rzeczywistość, która ich otacza. Być może przegrali batalię o szkołę, ale zyskali cos znacznie ważniejszego, wygrali swoje autentyczne życie. Nigdy się tak nie czułam będąc z nimi i mając wspólny projekt (jedna ze szkół). Za każdym razem gdy tam szłam zostawiałam swoje osobiste problemy i wtapiałam się w ich życie, wiedziałam że te kilkugodzinne dyskusje to nie jest puste bicie piany, że to co się zwykle zdarza na kartkach książek jest tutaj i razem to tworzymy każdego dnia. Tak moi drodzy, przez 9.5 miesiąca ci ludzie żyli w anarchistycznym społeczeństwie (akurat w przypadku Vallejo nie było wątpliwości, nie było tam socjalistycznych jazd). I nie polegało to na spaniu i jedzeniu, ale udało im się zrobić także dla siebie i innych kilka pozytywnych rzeczy np.: działała wolnościowa drukarnia, odbywały się zajęcia z różnych dziedzin (nawet lekcje matematyki czy zajęcia komputerowe) dla wszystkich chętnych, także tych z ulicy. Były prelekcje, wystawy, koncerty, pokazy filmów. Bardzo dużo się od nich nauczyłam przez półtora miesiąca. Dlaczego mimo wszystko przegrali sprawę, no cóż żadnego kroku w tył, ale tego kroku nie chciała zrobić tez władza. Czekali, czekali aż konflikty wewnętrzne nad jednością wezmą górę i mieli rację. Zbyt dużo podziałów wewnętrznych, rywalizacja, to zgubiło ten strajk, poza tym myślę, że zmęczenie, poczucie bezsilności, fikcyjne obrady i siła jaka dysponuje rząd, a której brak studentom.

I to tyle tych ciekawostek z Meksyku. Jest jeszcze sporo rzeczy, o których nie napisałam ale może następnym razem. Mam zamiar tam jak najszybciej wrócić więc to pewnie nie koniec tych historyjek. Dla zainteresowanych podaje namiary, e-mail na ludzi z Loxicha:
  lochoa@oaxl.telmex.net.mx lub
  loxicha@yahoo.com


  Korespondentka Latinoamerikana


<< powrót