Dytyramb o Sandomierzu


Sandomierz – piękne małe miasteczko. Kiedyś na pewno takie było ale czy jest nadal? Skarpa, na której znajduje się Stare Miasto już nigdy nie zachwyci przyjezdnych swą bogatą florą: dzikimi krzewami, nieokiełznanymi chaszczami, drobnymi roślinkami i kolorowymi motylami latającymi nad tym wszystkim od wielu, wielu lat. Liliowe białe bzy porastały niegdyś (jeszcze nie tak dawno) skarpę i w ich wspaniałym gąszczu można było się schronić (poczytać książkę, pouczyć się, pogadać z owadami, poleżeć w trawce). Co pozostało z biało-czerwonych krzewów których nazw nigdy nie poznałam? Wizyta naszego ulubionego papieża skłoniła wszystkich sandomierzan do masowej egzekucji jednego z piękniejszych miejsc w mieście. Wyrównano, pokopano, zasiano, no i wyrosła mała, niska, przeciętna zielona trawka a siedzibę moich medytacji szlag trafił. Komuś kto wjeżdża teraz do Sandomierza od strony Wisły jawi się bardzo uporządkowany, wygładzony, ucywilizowany widok na Kolegium Gostomianum, Dom Długosza i Katedrę. Jeszcze parę miesięcy wcześniej oko przyjezdnego mogło spocząć na dzikim wzgórzu porośniętym trawami i innymi zielskami – jednym słowem na gęstwinie, nad która królowały stare budynki.

Nieraz patrząc ze skarpy podziwiałam przepiękną łąkę ciągnącą się aż do drogi wiodącej na Kraków. Każdy kto mieszkał choć parę dni w Sandomierzu musi pamiętać spacery po owej łące, która służyła psom, ludziom, artystom mogącym pograć sobie w jej ukwieconym buszu do woli. Często wieczorem można było usłyszeć dźwięki bębnów dochodzące stamtąd w czerwonym świetle dogasającego słońca. Pamiętam moje spacery po niej kiedy miałam psa i razem przemierzaliśmy jej długie i kręte ścieżki goniąc się nawzajem. Nieraz tam przychodziłam wczesną wiosną i podziwiałam jak wszystko budziło się jeszcze raz i od początku. Potem zbierałam mlecze, kryłam się w cieniu drzew, słuchałam muzyki z walkmana a wieczorem stare lampy wskazywały mi drogę. Co jest teraz? Budowana jest aktualnie nowa droga i obwodnica, a według lokalnej gazety „Tygodnik Nadwiślański” cytuję:
„Jednym z największych zadań inwestycyjnych miasta Sandomierz jest modernizacja drogi krajowej 723 i budowa bezkolizyjnego skrzyżowania tzw. „Węzła Krakowskiego”.

Nie ma więc już łąki a na jej miejscu stoją koparki i robi się ohydny asfalt. Został jakiś wąski pasek tego co kiedyś rozciągało się na wiele metrów, a co dalej pozostanie, oto jest pytanie!

Przy drodze wiodącej na Kraków zostały również ścięte drzewa liczące sobie wiele setek lat, takie jak lipy, dęby, topole i inne. Było ich bardzo dużo i dawały niezłe schronienie przed słońcem dla pieszych spacerujących wzdłuż drogi. Pamiętam gdy po raz pierwszy zobaczyłam moje ukochane drzewa ścięte, pomyślałam sobie, że to już po wszystkim, że to nie jest już mój Sandomierz – pełen zieleni i natury, która jakimś dziwnym sposobem do tej pory pozostała nienaruszona. Widząc te ścięte drzewa zapłakałam nad ich grobem, a było to przed przyjazdem papieża. Kiedyś patrząc ze wzgórza miałam przed oczami tak piękny widok: łąkę rozciągającą się gdzieś hen daleko, ludzi spacerujących z psami, stare latarnie i w oddali drzewa pnące się wysoko do góry. Nie widziałam ani mostu, ani drogi. Teraz – no cóż, sam beton moi mili, wąski pas zieleni (oczywiście wyrównanej i zadbanej), no i most w całej okazałości wraz z cholerna obwodnicą i poszerzana droga w trakcie budowy plus miejsce na nowy kurs prawa jazdy pod przewodnictwem pana o nazwisku Mazur i stosy samochodów przewalających się w jedną i drugą stronę. Już nigdy mój wzrok nie sięgnie horyzontu drzew i nie przyczai się na jakimś krzewie lub gęsto porośniętej trawie i żółto-kolorowym dywanie kwiatów. Po prostu już nigdy wieczorem nie pójdę na skarpę i nie zanurzę się w jej pięknym majestacie natury połączonej ze starymi budynkami wyrastającymi prawie że z nikąd. Łąka przestała być miejscem spotkań młodych ludzi i właścicieli psów i już nikt nigdy tam nie pójdzie aby zobaczyć ostatni promień dnia lub poczuć zapach wieczoru.

Dziś poszłam nad Wisłę w moje ulubione miejsce aby usiąść pod starym dębem i powspominać coś lub pomarzyć, a może nawet napisać parę wersów. A oto co zobaczyłam: koparkę w poprzek drogi i całą ścieżkę zrytą, wszystkie dzikie krzaki porastające brzeg Wisły rozpłynęły się w nicości, a mój dąb ostał się jeszcze nienaruszony, ale wiem, że nie na długo. Stoi on samotnie nad brzegiem i myśli: „Kiedyś tu nie byłem taki sam. Dookoła mnie rosło mnóstwo zieleni a ptaki śpiewały wieczorem serenady. Cisza ogarniała nas zewsząd i szum rzeki koił do snu. Było dobrze i tak ciepło, a teraz? Sam nagusieńki tu stoję jako ostatnia ostoja i czekam kiedy mnie zetną, pewnie już niedługo, bardzo niedługo, może nawet jutro.” Co się dzieje? – zadaję sobie to pytanie. Patrzę na wygolony brzeg rzeki i nie mogę uwierzyć. Jeszcze przed wyjazdem w góry piłam winko pod dębem i wszystko grało. Cisza, ptaki (ich dziwne jazdy wieczorem przyprawiały mnie od dreszcze), cień i ukojenie i uczucie, że tego azylu nikt nie ruszy no bo po co? A więc żegnaj ukochane miejsce, musisz ustąpić drodze i tępym mózgom, które jeszcze nie wyrosły z pledów.


  Agnieszka Madej

 PS Średnio w Sandomierzu przypada dwa samochody na jednego mieszkańca. Klany rodzinne nie dadzą sobie zrobić krzywdy. Na budowę drogi poszły ponoć niesamowite sumy pieniędzy w postaci łapówek. Wszyscy moi znajomi z Sandomierza zapytani o zdanie na temat inwestycji wypowiadali się jednakowo:
„To dobrze, że Sandomierz się rozwija, przecież teraz są takie korki na moście, że w przyszłości ten problem będzie zlikwidowany.
Nie, no w sumie dobrze. Jak już to robią...
Nie ma co narzekać, Sandomierz dzięki temu będzie się rozwijał.”
Skoro wszyscy wydają się być tak wniebowzięci faktem budowy nowej drogi i nikt z nich ani przez moment nie pomyślał o masowej egzekucji na niewinnych ptakach, roślinach, drzewach i innych według nich niepotrzebnych żyjących stworkach to jak i z kim można walczyć?


<< powrót