La Escena Punx en Mexico


Gdzieś tam obok znajdziecie moje wynurzenia o życiu w Meksyku, ale brak tam jakichkolwiek wzmianek o scenie punkowej, koncertach, kolektywach czy II Światowym Zjeździe Anarchopunków, w którym to udało mi się uczestniczyć. Nie będzie to typowy raport ze sceny mimo sugerującego to tytułu lecz kilka luźnych uwag i spostrzeżeń na temat tamtejszego ruchu i obecnych w nim zjawisk. To tekst bardziej osobisty niż informacyjny, więc z góry muszę rozczarować tych co spodziewają się garści typowo muzycznych informacji.

Byłam tam początkowo gościem @-punk kolektywu JAR (Juventud Antiautoritarian Revolucionaria czyli Rewolucyjnej Młodzieży Przeciw Władzy, cholera po naszemu brzmi to jak jakaś sekta trockistowska ale zapewniam was, że były to anarchopunki czystej wody bez domieszek lewactwa spod znaku sierpa i młota). Kontakt z nimi załapałam tuz przed wyjazdem i wydali mi się najkonkretniejsi z ludzi, którzy odezwali się przez Internet. Nie pomyliłam się, nasza wspólna przygoda zaczęła się już na lotnisku, tłum ciemnych twarzy z tabliczkami a tu nagle czerwone irokezy (dokładnie trzy paseczki) Puaza i już wiedziała, że wyszli po mnie. Odwieźli mnie od razu do mieszkania KB-za, gdzie tez pomieszkiwałam sobie wygodnie przez trzy tygodnie, potem do tego dołączyli punkowcy z Bremy i już w ogóle był niezły max. Ciekawe, że rodzina KB się nie buntuje, ale chyba sa przyzwyczajeni bo traktowali mnie bardzo dobrze, a brat to nawet się uparł, że zrobi mi tatuaż. Nie skusiłam się.

Przejdźmy jednak do JAR-u. To całkiem niewielki kolektyw, około 20 osób. Robią natomiast tyle co u nas z 10 takich ekip i to bez kasy z jakichś fundacji. Po raz pierwszy widziałam by ktoś tak poważnie traktował to co robi. Nie ma tam czasu na opierdalanie się, marudzenie, jazdy typu 10 osób się umawia, 3 przychodzą, więc nic nie robimy tylko idziemy na piwo. Pracowałam z nimi przez 1,5 miesiąca i wiem na czym to wszystko polega, otóż moi drodzy na autentycznym zaangażowaniu, samodyscyplinie i byciu punk 24h na dobę a nie od koncertu do imprezy. Tam w Meksyku wszystkie punki są ortodoxami, poczynając od wyglądu a kończąc na pracy (mój najlepszy przyjaciel gdy musiał iść pracować by pomóc rodzinie miał propozycje z banku, ale nie przyjął jej, poszedł do fabryki, bo praca w banku kłóciła się z jego światopoglądem).

Spotkania mięliśmy dwa razy w tygodniu od 18 do oporu, czasami do 22 a i później zdarzało się nam siedzieć. Poza tym co piątek mięliśmy projekt na strajkującym uniwersytecie (o co z tym strajkiem chodziło macie gdzieś tam obok w tekście o Meksyku), w sobotę sprzedawanie rzeczy na największym rynku muzycznym świata „El Chopo” i punkowa audycja (raz na 2 tygodnie) w uniwersyteckim radio (raz załapałam się na rozmowy o Polsce i puszczaniu naszych rodzimych zespołów, co przyszło mi z wielkim trudem, bo wtedy jeszcze dukałam po hiszpańsku). Do tego trzeba jeszcze dorzucić próby kapeli LUCHA AUTONOMA, demonstracje, koncerty, spotkania redakcji zinów i wyjdzie, że prawie codziennie spotykaliśmy się by razem cos robić. Mogłam w Meksyku narzekać na różne rzeczy, ale nie na nudę. Podsumowując, te 20 osób wydaje kilka zinów (punkowych i bardziej społecznych), organizuje trasy i koncerty, gra w kapelach, wysyła ochotników do Chiapas, współpracuje ze strajkującymi studentami i robi z nimi wspólne pisma i projekty, wydaje kasety, prowadzi distro, robi audycje w radiu, organizuje dema i akcje bezpośrednie etc. Zapewniam was, że częstotliwość tych wydarzeń jest większa niż dwa razy w roku. Inna rzecz która mnie tak bardzo zaskoczyła to idea samokształcenia. Ludzie ci czytają niesamowitą ilość książek (wszędzie gdzie się da, w metrze, autobusie) i potem dyskutują o nich. Co spotkanie umawiają się na dyskusje na określony temat i traktują to bardzo poważnie. Czy możecie sobie wyobrazić powracającą załogę z koncertu, która zamiast obalania kolejnego piwka czyta nie ziny czy komiksy ale książki filozoficzne? Żeby było jasne, 80% tej załogi nie studiuje na uniwersytecie tylko ciężko pracuje. Skąd to się bierze, ano stąd, że w Meksyku nie tak łatwo iść do szkoły, od podstawówki się płaci, większość ich rodziców to analfabeci (przypomniały mi się w tym momencie pretensje co poniektórych rodzimych załogantów do innych, że mgr mają i jeszcze się doktoryzować chcą). Pochodzą z biednych, wielodzietnych rodzin i nie zawsze ich stać by iść na studia, choćby i chcieli. Dlatego jedynym rozwiązaniem zostaje samokształcenie, ten pęd do zdobywania wiedzy jest po prostu czymś naturalnym. Życie ich tak determinuje, że nie mogą być obojętni na to co dookoła, na papkę i pranie mózgu sączące się z mediów (w życiu nie widziałam tak kretyńskiej TV jak meksykańska). Jedyna alternatywa by nie dać się ogłupić i wyrwać ze schematu to kształcenie siebie samych według własnych zasad i zainteresowań.

Wspomniałam o „El Chopo”, wbrew pogłoskom nie jest to żaden punkowy jarmark, ale komercyjny bazar muzyczny. Trwa konflikt zarządu z punkami, chcą ich wywalić z placu. Dlaczego więc punki nie podejmują próby zorganizowania własnego miejsca gdzie indziej? Otóż „El Chopo” ma mimo wszystko kilka zalet. Jest w samym centrum i można się do niego dostać aż dwoma liniami metra, ma wieloletnia tradycję i znają go na całym świecie, przychodzi tam mnóstwo ludzi z całego miasta i przyjeżdża z odległych zakątków Meksyku. Próby zorganizowania alternatywnego miejsca spełzły na niczym, nikt po prostu tam nie przychodził. Może „El Chopo” jest komerchą, ale przychodzą tam wszyscy głównie po to by się poumawiać na koncerty, imprezy, spotkać znajomych etc. Sporo demonstracji ma tam swój początek. Kupowanie i sprzedawanie jest jakby przy okazji. To tez punkt kontaktowy dla przyjeżdżających punków z całego świata. Spotkałam tam nawet gości z AGNOSTIC FRONT (na koncert się nie załapałam bo kosztował aż 10$ czyli 3-4 dni mojego życia w Meksyku).

Teraz trochę ogólnie o scenie. Jest ona dość prężna i zorganizowana. Istnieje sporo kolektywów (sieć RIVAL), kapelek, zinów, miejscowych załóg. Jest tez zdecydowanie polityczna choć ponoć istnieje też jej drugie wcielenie czysto muzyczne i bardziej komercyjne (z tym się nie zetknęłam, więc nie mogę nic napisać). Muza jak to muza, bardziej klimaty melodyjne niż gdzie indziej. Duży wpływ ma na pewno styl grania zespołów z Hiszpanii. Koncerty np. SIN DIOS (czołowej kapelki sceny hiszpańskiej) zgromadziły nawet po 2 tysiące ludzi. Oczywiście jest tez sporo crusta, hardcore, ska, ale przeważa tradycyjny, melodyjny punk. Co ciekawe, scena punkowa jest mocno powiązana ze sceną dark czy tez gotykiem (oni tam używają tych dwóch nazw) a hardcore jest bliżej z trash metalem. To było dla mnie dość sporym zaskoczeniem. Spotkałam wiele osób które słuchają namiętnie równie gotyku co punk, grają w dwóch kapelkach, to samo tyczy się hardcore i metalu. Trzeba przyznać, że wszyscy ci ludzie są zaangażowani w sprawy społeczne i to ich pewnie tez łączy, przybliża choć pozornie tak się od siebie różnią. Jeśli chodzi o ska to jest tam bardzo popularne, MANO NEGRA wręcz króluje wśród zwykłych radiowych słuchaczy. Oprócz tego całego ska biznesu funkcjonują jednak kapele ska czy też rap/hip hop/ska o czysto politycznym przesłaniu i postawie, podobnie można tez spotkać skinów anarchistów należących do RIVAL etc. Natomiast nie ma żadnych nazioli i problemów z nimi. Jedyne co to zagrożenie ze strony porros, czyli zwykłych gitów oraz diskomanów (zazwyczaj homofoby etc.). generalnie jednak to tamtejsze społeczeństwo jest tolerancyjne wobec punków, nikt nie wytyka cię paluchami na ulicy. Nawet w małych wioskach (byłam raz na koncercie na wsi i zjazd anarchopunków był tez na wsi) nie czuło się wrogości i braku akceptacji dla inności. Było pod tym względem znacznie przyjemniej niż w Polsce. Po trzech miesiącach, już pierwszego dnia w Warszawce u kumpla pod blokiem usłyszałam cos o „brudasach” i rozkręcał się mały dym...

Wracając jeszcze do muzyki to całkowitym zaskoczeniem były natomiast moje opowieści o imprezach techno w Twierdzy i moście robione przez punków, a już totalnie ich zabiło info, że wokal ich ulubionej polskiej kapelki (zgadnijcie jakiej) jest tez DJ-em na tego typu imprezach oraz stałym bywalcem jednego z klubów techno we Wrocławiu.

Co do zespołów meksykańskich to nie ma się co rozpisywać, bo żaden nie powalił mnie na kolana (może mam zbyt duże wymagania), choć niektóre przyjemnie pogrywały na tocadas (koncertach), generalnie trzeba wyróżnić całą ekipę z Guadelajary. Natomiast na pewno i zespoły, a także publika górują temperamentem i spontanicznością nad ludźmi ze starego kontynentu. Każdy koncert to niesamowite przeżycie emocjonalne, istny żywioł, slam (pogo) jak za starych czasów w Jarocku, kanistry pulce (rodzaj taniego alkoholu z agawy, znacznie słabszy od tequili, bardzo popularny wśród punków), więcej osób na scenie wykrzykujących teksty razem z zespołem niż pod scena itd. Dość oryginalna rzeczą jest pogo, o przepraszam slam w okolicach miasta Toluca. Tam punki ustawiają się po dwóch stronach w rzędy a po środku każdy z kolei toczy się jak piłka. Wygląda to przezabawnie.

Musze tez rozwiać trochę plotki o machismo na tamtejszej scenie. Nie czułam się tam wcale molestowana seksualnie itd. Było bardzo w porządku, kolesie podchodzili ale chcieli gadać o muzyce, o sytuacji społecznej i politycznej etc. Po prostu byli ciekawi informacji ze świata a nie wyrywaniem panienek. Nie widziałam tez by ktoś chamsko traktował swoją dziewczynę etc. Plotki o gwałtach okazały się więc tylko plotkami. Poza tym ruch feministyczny ma się tam całkiem dobrze i dziewczyny sobie radzą doskonale, choć jest im na pewno o wiele ciężej zwalczać stereotypy w społeczeństwie tak oddanym bozi z Guadelupe, gdzie każda kobieta jest podporządkowana facetom ze swej rodziny. Oprócz KB-za nie mogłam mieszkać w domu żadnego kolesia, który mieszka ze swoja rodziną. Dla większości rodziców moich przyjaciół było szokiem, że mogłam sama przyjechać do Meksyku.

Przejdę teraz do szczegółów II Światowego Zjazdu Anarchopunków w San Anders koło Toluci. Całość trwała tydzień, ja niestety załapałam się tylko na 4 dni, bo miałam kłopoty w biurze migracyjnym. Przyznam, że jechałam tam pełna obaw, że będzie to wyglądało tak jak u nas czyli wspólna totalna najebka, bełkot i nic ponad to. Byłam więc zaskoczona organizacją, samodyscypliną i kolosalna praca jaka wykonało te 150 osób obecnych na zjeździe. Przyjechali ludzie z Kanady, USA, całego Meksyku, Kolumbii, Argentyny, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Szwajcarii i Polski (czyli ja). Może jeszcze o kimś zapomniałam. Ekipy z Brazylii, Wenezueli, Kolumbii, Urugwaju i Hiszpanii przysłały dodatkowo listy z poparciem i info dlaczego nie mogą się pojawić. Przez 7 dni trwały prace w grupach nad poszczególnymi tematami np.: formy walki z aparatem państwowym i możliwość ucieczki od państwa (alternatywa), problemy kobiet etc. Wszystko to opracowywały 3-4 grupy a potem się dzieliły własnymi spostrzeżeniami i robiono podsumowanie. Obecnie czekam na wszystkie teksty i dokumenty, które tam powstały, mam nadzieje, że wkrótce będę mogła dość szczegółowo przedstawić wam idee tej międzynarodowej sieci punkowej i może ktoś będzie chciał się w nią włączyć.

W czasie 6 dni zjazdu nie piło się wcale, dopiero ostatni dzień był przeznaczony na imprezę i koncert. Nie oznacza to, że wieczorem wszyscy szli spać. Owszem trwały imprezy do białego rana, ale bez alkoholu i dragów. Jak to powiedział Fix ze Szwajcarii, u nas punki w życiu by nie zrobiły takiej imprezy bez alkoholu i chyba się nie mylił. A czad w nocy był nieziemski, wszyscy grający na czym się dało (miski, kanistry, gary z kuchni itp.), wspólne dzikie harce przy tej muzyce, pokazy żonglowania, połykania ognia, wolna meksykanka (coś w rodzaju wolnej amerykanki skrzyżowanej z zapasami). Wszystko to w przyjaznej, spontanicznej atmosferze. Byłam urzeczona i totalnie wyluzowana. Przez te 7 dni nic tez nikomu nie zginęło, kuchnia, ochrona działały bardzo sprawnie. Nie zabrakło także pieniędzy na zakupy jedzenia chociaż każdy wrzucał tyle ile mógł do wspólnej puszki (i wrzucali faktycznie wszyscy a nie naiwniacy). Z żalem opuszczałam San Anders, choć w nocy było zimno jak cholera. Mam nadzieje, że ten zjazd długo pozostanie wszystkim uczestnikom w pamięci a i konkretne akcje się odbędą i przepływ info będzie lepszy.

I to tyle z Meksyku. Pozdrawiam wszystkich moich przyjaciół, którzy mi tam cholernie dużo pomagali.


  Una Chava Polaca


<< powrót