„Przetrwany dzięki przyjaciołom”


Z Selimem Chazbijewiczem, poetą i przewodniczącym Związku Tatarów w Polsce oraz imamem gdańskich muzułmanów rozmawia Piotr Frankowski



- Ilu Tatarów mieszka obecnie w Trójmieście? Skąd pochodzą?

- Pod względem liczebności jesteśmy drugą, po Białymstoku, grupą w Polsce. Ale mimo to i tak jest nas niewielu, bo około 140 osób, z 4 tysięcy mieszkających w naszym kraju. Tatarzy z Trójmiasta są w 100 procentach emigrantami z województwa wileńskiego i nowogródzkiego, gdzie żyli od końca XIV wieku. Jeśli pominiemy ich pierwotną ojczyznę, a więc stepy Krymu, to tam był ich dom, z którego wygnano ich w 1945 roku. Kiedy przyjechali na Pomorze trafili w nowe realia, zarówno polityczne, jak i kulturowe. Musieli się do nich przystosować, gdyż byli grupą nieliczną i nie stać ich było na tworzenie własnego ruchu oporu. Dodatkowo Tatarzy byli, i są, rozproszeni po całej Polsce i dlatego w pewnym sensie skazani na asymilację. W przyszłości natomiast na zanik tożsamości. Obecnie większość osób, które pamiętają Litwę już nie żyje, a naszą grupę tworzą ludzie w średnim wieku, którzy wyjechali jako dzieci lub urodzili się w Gdańsku.


- Pan należy już do tych urodzonych w Gdańsku.

- Tak i dlatego czuję się bardzo związany z tym miastem. Moja mama pochodzi z Wilna, ojciec spod Nowogródka. Wychowywany byłem w dość tradycyjnej rodzinie tatarskiej, ale rodzice nigdy nie izolowali mnie od otoczenia, więc nie czułem rozdwojenia. Moja tatarska tradycja była dopełnieniem polskości.


- Obawia się Pan, że w przyszłości Tatarom grozi zanik tożsamości. Czy aby tego uniknąć staracie się kultywować swoją tradycję?

- Owszem, ale Tatarzy żyją wśród Polaków od 600 lat, więc i tak są bardzo zasymilowani. W zasadzie mamy poczucie podwójnej przynależności polsko-tatarskiej. Polska jest dla nas, jak określa to profesor Roman Wapiński (historyk z Uniwersytetu Gdańskiego – przyp. aut.), ojczyzną obywatelską. Polska tradycja narodowa, za wyjątkiem religijnej jest nam bardzo bliska. To jest nasz kraj, za który przelewaliśmy krew. W sensie historycznym jesteśmy jednak Tatarami.


- Czy młodzież, na przykład Pana syn, interesuje się tradycją przodków, czy może jest to dla nich odległa przeszłość?

- Dzisiejsza młodzież jest nowoczesna, ale to wcale nie wyklucza poznania swojej kultury. Nowoczesność nie wyklucza tradycji, ale zakłada nowe formy jej kultywowania. Istnienie tradycyjnego modelu opartego o folklor czy język, którego Tatarzy w Polsce nie używają już od prawie 300 lat, jest dzisiaj niemożliwe. Dlatego z jednej strony staramy się opisywać i archiwizować historię Tatarów w Polsce, aby gdy znikniemy zostało coś dla badaczy, a z drugiej strony, staramy się wypracować metody, które pozwolą nam ocalić naszą tradycję w zalewie kultury potocznie zwanej zachodnią. Przyjęliśmy więc otwarty model działalności. Nie staramy się izolować, gdyż możemy przetrwać tylko dzięki naszym przyjaciołom, ludziom, którzy nie są Tatarami, ale wspierają nas, interesują się naszą historią.


- Związek Tatarów w Polsce istnieje dopiero od 1992 roku. Czy wcześniej nie próbowaliście założyć własnej organizacji?

- Przed rokiem 1989 nie można było oficjalnie być Tatarem. Systematycznie odmawiano nam rejestracji. Pomawiano mnie nawet o podważanie sojuszu z ZSRR, gdyż utrzymywaliśmy kontakty z Tatarami Krymskimi, którzy nie byli mile widziani w Rosji. Mogliśmy więc istnieć tylko jako związek religijny, jako muzułmanie.


- Jak obecnie wygląda działalność Związku Tatarów? Czy macie swoje pisma, miejsca spotkań?

- Wydajemy "Rocznik Tatarski", skierowany nie tylko do Tatarów, ale także do tych, którzy interesują się tradycją tatarską czy szerzej tradycją i historią Europy Wschodniej. Wydajemy też dwumiesięcznik "Życie Tatarskie", który jest kontynuacją pisma przedwojennego, wydawanego w Wilnie. Natomiast głównym miejscem spotkań jest meczet, dla nas Tatarów z Trójmiasta w Gdańsku Oliwie, gdzie skupia się działalność związku i grupy muzułmańskiej. Organizujemy tradycyjne modlitwy piątkowe, jak również niedzielne modlitwy południowe, dla tych, którzy w piątek po południu są w pracy i nie mogą przyjść do meczetu. Dochodzą do tego również święta. Miejscem spotkań, chociaż sporadycznym, jest wtedy moje mieszkanie.


- Wspominał Pan, że jednym z elementów tradycji jest religia - islam. Czy wyznawany przez was islam różni się od, na przykład bliskowschodniego, ukazywanego jako religia bardzo agresywna?

- Hamas czy Dżihad działające na Bliskim Wschodzie nie są organizacjami religijnymi, a jedynie politycznymi, podpierającymi się religią. Natomiast samo wyznawanie islamu nie jest wcale związane z agresją. Teologicznie islam jest jeden, ale tak jak inne wyznania, ma swoje nurty, warunkowane obyczajami narodowymi. Dlatego inaczej wygląda on w krajach arabskich, inaczej w Turcji, a jeszcze inaczej w Bośni, Tatarzy Polscy są sunnitami. Przed I wojną światową uznawaliśmy zwierzchnictwo sułtana tureckiego, jako zwierzchnika wszystkich muzułmanów. Od czasu rozpadu sułtanatu Muzułmański Związek Religijny, zarejestrowany w 1925 roku, jest organizacją autonomiczną. Nie podlegamy żadnej strukturze poza Polską. Ale oprócz tego, że jesteśmy muzułmanami, jesteśmy także Europejczykami i świadomie kultywujemy tradycje europejskie. Nie jest to wcale sprzeczne z islamem.


- W 1997 roku został Pan honorowym członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Czeczeńskiej. Wspólnie z jego założycielami Markiem Kurzyńcem i Krzysztofem Galińskim, wydawał Pan pismo "Marsho" poświęcone Kaukazowi. Skąd zainteresowanie Czeczenią?

- To oni mnie znaleźli. To była ich inicjatywa, ale dałem się namówić. Przede wszystkim dlatego, że polscy Tatarzy od końca XIX wieku mieli tradycje walki w ruchach muzułmańskich przeciwko caratowi, na przykład na Krymie, w Azerbejdżanie, w Turkiestanie. Mieli również kontakty z Czeczenami od czasów imama Szamila (przywódca powstania antyrosyjskiego w połowie XIX wieku - przyp. aut.). Idąc śladem przodków, nawet rząd Polski przed II wojną światową, podtrzymywał te kontakty, głównie przeciwko ZSRR. Ale w moim wypadku nie chodziło o politykę. Można mówić raczej o zaangażowaniu kulturowym czy duchowym, w ramach wspólnoty braci muzułmanów na świecie.


- Ale do Czeczeni Pan nie pojechał. Dlaczego?

- Marek Kurzyniec proponował mi to kilka razy i gdybym bardzo chciał to mógłbym jechać. Ale ze względu na pracę i koszty tej wyprawy, ciężko było mi się wyrwać. Kilkakrotnie jeździłem natomiast do korzeni, na Krym.


- Ma Pan za sobą także flirt z polityką. W 1997 roku startował Pan w wyborach do Sejmu z listy ROP. Co skłoniło Pana, aby angażować się w politykę?

- To w zasadzie nie był flirt, a jednorazowe doświadczenie. Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie Jacek Kurski (ówczesny szef gdańskiego ROP - przyp. aut.) i zaproponował mi start. Zgodziłem się. Głównie z ciekawości, jako politolog, gdyż z góry zakładałem, że nie mam specjalnych szans. Chciałem zobaczyć jak działa mechanizm wyborów. Ale do ROP nie należałem. Zresztą nie czuję się związany z żadną siłą polityczną w Polsce i nigdy do żadnego związku, oprócz małżeńskiego i muzułmańskiego, nie należałem. Ani do harcerstwa, ani do ZSP, ani do PZPR. I teraz trzymam się tej zasady.



<< powrót