Ocalić od zapomnienia: "Pułapka" - Jamesa Goldshmita


Jedną z ważniejszych książek poświęconych krytyce procesów globalizacyjnych w gospodarce i towarzyszących im negatywnych przemian społecznych jest „Pułapka” Jamesa Goldsmitha. Warto na wstępie w kilku słowach przybliżyć postać autora tej książki, gdyż rzadko się zdarza, by osoby z takich warstw społecznych zajmowały stanowisko podobne do tego, które prezentował Goldsmith. Sir James Goldsmith był przez wiele lat przedsiębiorcą, który w wyniku sukcesów na tym polu został właścicielem majątku o wartości wielu milionów dolarów. Pod koniec życia wycofał się z prowadzenia interesów, poświęcając swój czas i pieniądze na działalność społeczną. W połowie lat 80. założył Goldsmith Foundation, która wspierała finansowo szereg inicjatyw na rzecz ochrony środowiska, powstrzymania negatywnych procesów społecznych oraz ochrony różnorodności kulturowej Europy. W 1992 r. ukazała się w języku francuskim (Goldsmith miał francusko-angielsko-żydowskie pochodzenie) jego książka „Pułapka”, będąca ostrą krytyką istniejących rozwiązań gospodarczych. Wydanie tej książki spotkało się z żywym oddźwiękiem – zarówno ze strony osób popierających tezy Goldsmitha, jak i jego przeciwników, zaniepokojonych faktem, że osoba z kręgów ekonomicznego establishmentu negatywnie ocenia funkcjonowanie systemu, który zapewnia olbrzymie zyski jego kolegom. „Pułapka” stała się bestsellerem, wkrótce przetłumaczono ją na 12 języków. W 1994 Goldmith wraz z Philippem de Villiers zakłada ruch polityczny L’Autre Europe (Inna Europa), który jednoczy osoby przeciwne procesom zjednoczeniowym Europy na wzór Traktatu z Maastricht (Europa jako jedno scentralizowane państwo) i globalnemu „wolnemu handlowi” (zwłaszcza porozumieniu GATT). L’Autre Europe w wyborach do Parlamentu Europejskiego osiąga spore poparcie i wprowadza 13 posłów, którzy wraz z osobami z innych krajów tworzą grupę Europa Narodów, zrzeszającą eurosceptyków z lewicy i prawicy zjednoczonych niechęcią wobec centralistycznych projektów elit politycznych i finansowych. Także w 1994 r. w Wielkiej Brytanii Goldsmith inspiruje powstanie The Referendum Party (Partii Referendum), która domaga się przeprowadzenia ogólnonarodowego referendum w sprawie przystąpienia Wysp Brytyjskich do Europy jednoczonej wg wzorca z Maastricht oraz żąda rzetelnych informacji nt. prawdziwych następstw i skutków takiej integracji. W 1995 r. Goldsmith wydaje kolejną książkę, zatytułowaną „Odpowiedź”*, która – jak sama nazwa wskazuje – jest odpowiedzią na głosy krytyczne wobec „Pułapki”, sformułowane przez przedstawicieli ekonomicznego i politycznego establishmentu. W 1997 r. 64-letni Goldsmith umiera, jednak zapoczątkowane przez niego inicjatywy działają do dnia dzisiejszego. Warto dodać, że brat Jamesa – Edward jest działaczem i publicystą ekologicznym, szefuje znanemu pismu „The Ecologist”.

Polskie wydanie „Pułapki” ukazało się w 1995 r. nakładem „Tygodnika Solidarność” i w edycji tej zostało opatrzone dodatkowo dotyczącym problemów Polski wywiadem z Goldsmithem (cała książka ma także postać wywiadu, gdyż Goldsmith odpowiada po prostu na pytania Yvesa Messarovitcha, redaktora działu gospodarczego francuskiego pisma „Le Figaro”). Swoistą ironią jest fakt, że książka Goldsmitha ukazała się w Polsce z inicjatywy obozu politycznego, który na ogół bezkrytycznie wspiera rozwiązania poddawane krytyce przez autora „Pułapki”. Należy zatem żałować, że rad Goldsmitha nie wzięli sobie zbytnio do serca polityczni decydenci związani z obozem „solidarnościowym”, zdominowanym obecnie przez mniej lub bardziej jawnych neoliberałów **.

Książka Goldsmitha nie zawiera jakichś szczególnie odkrywczych tez – jej wartość polega raczej na tym, że autor podsumował i zebrał w spójną całość rozproszone dotychczas głosy. Jej znaczenie wynika też z faktu, że książki Goldsmitha nie dało się – z uwagi na osobę autora – pominąć milczeniem, jak stało się niestety z wieloma wcześniejszymi pozycjami wskazującymi na negatywne procesy. „Pułapka” wydaje się być kontynuacją książek typu „The Costs of Economic Growth” Edwarda Mishana czy „Small is beautiful” Erntsa Schumachera oraz dorobku ruchu ekologicznego. Różni się od nich jednak: od prac krytycznych ekonomistów tym, że dotyczy problemów nowych, nieznanych w ich czasach, od ekologów ujęciem problemu w szerszym kontekście (realia gospodarcze i kulturowe).

Pierwszy rozdział książki poświęcony jest krytyce wąsko pojmowanego wzrostu gospodarczego. Goldsmith nie uważa, że dążenie do rozwoju gospodarczego i zamożności społeczeństwa jest czymś złym, jednak niepokoi go zjawisko ujmowania kondycji zbiorowości ludzkich wyłącznie przez pryzmat wyliczeń dotyczących wzrostu gospodarczego. Przede wszystkim zwraca uwagę na fakt, że często wskaźniki obrazujące duży wzrost nie idą w parze z poprawą szeroko pojętej kondycji społeczeństwa. Wzrasta liczba produkowanych towarów, wprowadza się nowe technologie, zwiększa się wydajność pracy, obrót towarowy i kapitałowy stale rośnie – a jednocześnie więcej jest bezrobotnych, nasilają się patologie społeczne (ubóstwo, nałogi, przestępczość), a gołym okiem widać, że narastają różne symptomy kryzysu. Tymczasem elity społeczne zachwycone są dokonującymi się przeobrażeniami i wzrostem produktu narodowego brutto. A Goldsmith nader trafnie zauważa: „Jeżeli społeczeństwo zostanie dotknięte epidemią, PNB zwiększa się na skutek budowy nowych szpitali oraz zatrudnienia nowych pracowników w służbie zdrowia. Jeżeli rośnie współczynnik popełnionych przestępstw, PNB również wzrasta wraz z liczbą policjantów i budową nowych więzień./.../ Koszty ponoszone z tytułu chorób nowotworowych szacuje się w Stanach Zjednoczonych na około 110 mld dolarów rocznie, co stanowi 1,7% produktu narodowego brutto; koszty wynikające z nadużywania narkotyków szacuje się na 200 mld dolarów, czyli 3,1% PNB, koszty z tytułu popełnionych przestępstw na 163 mld dolarów, lub inaczej 2,6% PNB. Już te trzy dziedziny dają 473 mld dolarów, co stanowi 7,4% udziału w PNB, i udział ten nadal rośnie”. Nie jest to bynajmniej specyfika świata zachodniego: każdy kolejny rząd w Polsce za jeden ze swoich najważniejszych celów uważa przyspieszenie wzrostu gospodarczego, każdy pokazywany w telewizji ekonomista i polityk gada jak nakręcony o takiej konieczności. I jaki jest tego efekt? Mimo wzrostu gospodarczego wzrasta też bezrobocie, zwiększa się liczba osób żyjących na granicy minimum socjalnego, rośnie liczba bezdomnych, zwiększa się współczynnik samobójstw czy rozwodów, coraz więcej jest osób uzależnionych od alkoholu i narkotyków. Jednak gdyby brać pod uwagę tylko i wyłącznie tempo wzrostu gospodarczego, Polska powinna być niemal rajem na ziemi. Podobnie jest i w krajach opisywanych przez Goldsmitha: Stany Zjednoczone mają chyba najbardziej dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, a jednocześnie analitycy życia społecznego biją na alarm z powodu narastających lawinowo negatywnych zjawisk. Mówią o zapaści Ameryki, a jednocześnie panowie z Wall Street zachwycają się „cudem gospodarczym”.

Dlaczego problem ten jest tak ważny, że Goldsmith zdecydował się od niego rozpocząć książkę? Wynika to z faktu, że taki sposób rozpatrywania rzeczywistości jest pochodną najgroźniejszego zjawiska naszych czasów, a mianowicie podporządkowania życia społecznego mechanizmom i kryteriom ekonomicznym. Kiedyś za efektywny model gospodarczy uważano taki, który przyczynia się do zadowolenia ludzi, przyzwoitych zarobków, dobrych nastrojów, zapewnia możliwości rozwoju grupowego i indywidualnego, sprawia, że zmniejsza się zasięg negatywnych zjawisk – jednym słowem brano pod uwagę nie tylko gospodarkę, ale i całokształt życia. Dzisiaj pomija się w takich rozważaniach zupełnie problematykę wykraczającą poza wąskie racje ekonomiczne – jeśli wzrasta PNB i nie rośnie inflacja, to wszystko wg decydentów jest w porządku, choćby wszelkie możliwe analizy obrazowały nasilające się negatywne trendy. Wynika to z faktu, że w świadomości zbiorowej zagnieździło się przekonanie, stworzone i rozpropagowane przez ekonomiczny establishment (i odzwierciedlające jego sytuację), że rozwój gospodarczy jest jednoznaczny z rozwojem społecznym. To nie gospodarka ma służyć dzisiaj człowiekowi (jak było przez setki lat) – lecz człowiek gospodarce. Nieważne są zatem patologie społeczne, nieważne negatywne tendencje, nieważne nawet jednostkowe tragedie związane z takim kierunkiem rozwoju gospodarczego – ważne jest tylko i wyłącznie to, że dynamicznie rozwija się gospodarka, że zwiększa się PNB, że statystyki poświęcone wzrostowi gospodarczemu przybierają postać pnącej się nieustannie w górę linii. Ważna jest konkurencyjność, zysk, nowe rynki zbytu, wyższa wydajność pracy, rosnące obroty, import, eksport – tylko coraz mniej w tym wszystkim miejsca dla człowieka, dla zbiorowości ludzkich, dla wartości, które przez lata były najważniejsze i obrazowały rzeczywistą kondycję społeczeństwa. Gdy dzisiaj słucham facetów pokroju Balcerowicza, którzy mówią z nadętą miną, że choćby się waliło i paliło, to najważniejszy jest wzrost gospodarczy i niska inflacja, myślę sobie, że jest to facet o mentalności oświęcimskiego kapo. Tam w końcu też było mało istotne jak czują się więźniowie, czy kogoś biją lub rozstrzelali, czy pracuje się ponad siły i niedojada – ważne, że jest spokój, roboty wykonują w terminie, a społeczeństwo pozbyło się „elementów wywrotowych”...

Krytyka wąsko pojętego wzrostu gospodarczego i tego typu wskaźników rozwoju jest konieczna zanim zaczniemy zajmować się innymi problemami. Goldsmith bowiem uważa, że większość negatywnych zjawisk zachodzących w dzisiejszym świecie wynika właśnie z takiego oglądu sprawy, jaki prezentują elity ekonomiczne i będące na ich usługach elity polityczne (bo kolejną konstatacją autora jest stwierdzenie, że dzisiaj politycy nie służą dobru wspólnemu i społeczeństwu, lecz dbają o korzyści wielkich koncernów). Współczesny system ekonomiczny jest nastawiony na realizację interesów wąskich elit i to one narzucają wzorce kulturowe, które sprawiają, że nawet przeciętny człowiek, coraz bardziej tracący na takim obrocie sprawy, sądzi, iż wzrost gospodarczy oznacza poprawę sytuacji i nawet jeśli jemu się pogorszyło, to ogół społeczeństwa na tym zyskuje. Jest to notabene najlepszy sposób na utrzymanie społeczeństwa w ryzach i wyeliminowanie wszelkiego oporu – zamiast trzymać ludzi za mordę, lepiej wpoić im przekonanie, że wszystko idzie w dobrym kierunku. W praktyce więc ludzie, którzy na wszelkich tego typu przemianach gospodarczych tracą, przekonani są, że wszystko zmierza ku dobremu. Wystąpienia członków rządu, wypowiedzi przedstawicieli wielkich firm i prezesów banków, artykuły w popularnej prasie – wszystko to przekonuje ludzi, że jest coraz lepiej. Po długim okresie takiego prania mózgów zaczynają oni wierzyć, że tak się dzieje rzeczywiście, a poprawę sytuacji elit uznają oni za poprawę własnej sytuacji, nawet jeśli wszystko świadczy przeciw prawdziwości takiego przekonania. Tymczasem system gospodarczy w coraz większym stopniu służy tylko i wyłącznie interesom elit finansowych i coraz mniejsze są korzyści przypadające z rozwoju gospodarczego ogółowi społeczeństwa. Dawniej, bądź to z powodu presji zorganizowanych pracowników najemnych, bądź też z przekonania o konieczności stabilizacji społecznej kosztem części swoich zysków, elity finansowe przykładały znacznie większą wagę do dbałości o dobro wspólne. Obecnie, gdy zatomizowane społeczeństwo uczestniczy w wyścigu szczurów i nie w głowie mu samoorganizacja, a przekonanie o pozytywnym charakterze takiego kierunku „rozwoju” gospodarczego zostało ludziom skutecznie wpojone, elity stały się całkowicie egoistyczne i zainteresowane jedynie własnymi interesami. I to właśnie one wprowadzają wciąż nowe rozwiązania, które zwiększają ich zyski, nawet gdyby dokonywało się to kosztem stabilności społecznej. Owo dążenie do realizacji własnych interesów, choćby po trupach, jest przedmiotem rozważań Goldsmitha w dalszych partiach książki. Opisuje on więc przede wszystkim tzw. liberalizację ogólnoświatowego handlu i jej już widoczne oraz dopiero przewidywane następstwa, takie jak zubożenie pracowników najemnych i rosnące bezrobocie w krajach wysokorozwiniętych, zniszczenie na całym świecie drobnych rodzinnych gospodarstw i zastąpienie ich wielkoareałowymi „przemysłowymi” farmami, migracje setek tysięcy ludzi do wciąż rozrastających się i nabierających coraz bardziej zwyrodniałego oblicza miast, postępującą centralizację władzy, narastające patologie społeczne itp.

Zdaniem Goldsmitha najbardziej jaskrawym przykładem realizowania interesów elit ekonomicznych bez zwracania uwagi na kondycję społeczeństwa jest stopniowa liberalizacja handlu. W praktyce oznacza ona zniesienie ceł, co umożliwia przeniesienie produkcji za granicę, do krajów ubogich. W krajach tych siła robocza jest wielokrotnie tańsza, co umożliwia przedsiębiorcom zwiększanie zysków (a ich produkty bynajmniej na skutek tego nie tanieją). Nie poprawia się kondycja finansowa trzecioświatowych robotników, gdyż nadal otrzymują oni za swoją pracę marne grosze, pogarsza się natomiast kondycja społeczeństw krajów wysokorozwiniętych, w których likwiduje się produkcję i przenosi ją do innych regionów. Pracownicy najemni w tych krajach tracą pracę, maleją ich dochody, obniżają się wpływy z podatków, czyli możliwości ponoszenia przez państwo wydatków na cele socjalne i infrastrukturę, maleje siła nabywcza ludności, co jeszcze bardziej pogłębia kryzys gospodarczy i sprzyja rosnącemu bezrobociu (śmieszne są argumenty, że towary z importu są tańsze i konsument na tym zyskuje – bo w sytuacji, gdy coraz więcej branż przenosi się za granicę, maleją także dochody ludności na skutek wzrostu bezrobocia: co po niższej cenie, gdy portfel pusty?) – a wielkie firmy mimo produkowania towarów w zupełnie innym miejscu świata mogą je nadal sprzedawać w miejscu, z którego przeniosły produkcję. W ślad za bezrobociem i paraliżem instytucjonalnym idą patologie społeczne. Brak pracy, niepewność, mizerne perspektywy na przyszłość, frustracja – wszystko to rodzi wiele negatywnych zjawisk, jak rozkład rodziny, nałogi, przemoc, apatia. Społeczeństwo pogrąża się w kryzysie, zaś elity finansowe mają się coraz lepiej. Dlatego, zdaniem Goldsmitha, liberalizacja handlu nie leży w interesie znakomitej większości społeczeństw wszystkich krajów na świecie. Uważa on, że poza wielkimi koncernami, które osiągną w jej wyniku ogromne zyski, cała reszta straci. Jego zdaniem, zamiast szkodliwych rozwiązań należy bazować na tym, co sprawdzone, czyli gospodarkach narodowych, działających w zgodzie z dawnymi regułami: cłami, podatkami płaconymi przez przedsiębiorców na rzecz skarbu państwa i lokalnych społeczności itp. Nie ma on nic przeciwko swobodzie gospodarczej, pod warunkiem, że na jej rozszerzaniu skorzysta przeważająca część społeczeństwa, nie zaś tylko wąska garstka. Dlatego też uważa, że sprzedaż produktów w danym kraju powinna być zależna od wytwarzania ich w nim (lub oclenia w przypadku importu) – jednym słowem jest za liberalizacją kapitałową (duża swoboda w inwestowaniu – choć ten pomysł wydaje się dyskusyjny ze względu na olbrzymie możliwości finansowe korporacji, które na skutek dokładania przez pewien czas do produkcji i sprzedaży wyrobów po niższych cenach mogą w nieuczciwy sposób doprowadzić do upadku rodzimych firm i zmonopolizować rynek), przy jednoczesnym ograniczeniu swobody w przepływie towarów. Zamiast ogólnoświatowego zniesienia barier celnych i restrykcji w przepływie towarów, proponuje tworzenie regionalnych bloków gospodarczych pomiędzy krajami o stosunkowo podobnej sytuacji gospodarczej (tak, by produkcji nie przenoszono ze względu na tańszą siłę roboczą). W ramach tychże bloków można zmniejszać lub znosić cła na wiele produktów bez szkody dla miejscowej ludności, a nawet z korzyścią dla niej.

Innym z pomysłów, które przyniosą korzyści wyłącznie elitom finansowym, a pogorszą sytuację szerokich rzesz ludności są (także związane z liberalizacją handlu) przemiany w rolnictwie. Dotychczas w krajach rozwijających się dominowało rolnictwo rozdrobnione, oparte o gospodarstwa rodzinne, zróżnicowane uprawy, samowystarczalne, stosunkowo nieszkodliwe dla środowiska. Jednak presja dotycząca konkurencyjności prowadzi do zastąpienia takiego modelu upraw przez ogromne farmy i przedsiębiorstwa hodowlane, które wchłaniają drobne gospodarstwa. W pogoni za minimalizowaniem kosztów produkcji, drobnych producentów rolnych ruguje się z ziemi na różne sposoby. Prowadzi to nie tylko do ogromnych spustoszeń w ekosystemie i zdrowiu konsumentów (przemysłowe rolnictwo jest wielokrotnie bardziej szkodliwe dla środowiska i wytwarza o wiele bardziej skażoną żywność na skutek stosowania nawozów, ciężkiego sprzętu itp.), ale przede wszystkim rozbija dotychczasowe wiejskie społeczności. Wprowadzenie takiego modelu rolnictwa na skalę światową musi doprowadzić do pozbawienia możliwości pracy na roli ponad dwóch miliardów ludzi, którzy stracą źródło dochodów i opuszczą dotychczasowe miejsce zamieszkania w poszukiwaniu innych zajęć. Goldsmith uważa, że będzie to miało bardzo negatywne następstwa: ludzie ci przeniosą się do wielkich miast w nadziei na znalezienie tam pracy. Miasta te nie będą im mogły zaoferować przyzwoitej pracy, bo już dzisiaj mamy w nich do czynienia z bezrobociem, ani warunków mieszkaniowych i infrastruktury, gdyż żadne miasto nie będzie w stanie wytrzymać napływu ogromnych mas ludności. W efekcie powstaną patologiczne twory miejskie o ogromnej liczbie mieszkańców (jak dzieje się to już w Afryce czy Ameryce Południowej – w stolicy Meksyku żyje 20 milionów ludzi, czyli tyle ile wynosi połowa mieszkańców całej Polski), których większość będzie żyła w slumsach, bez pracy i stałych dochodów. Doprowadzi to do zapaści tych miast i ich coraz bardziej zwyrodniałego charakteru. Miasta przyszłości to ogromne zagęszczenie, coraz gorsza infrastruktura sanitarna, komunikacyjna i mieszkalna, rosnąca przestępczość, zdominowanie przez nędzę i patologie całych obszarów miejskich itp. Jednak nie tylko kraje wysokorozwinięte czeka taki rozwój sytuacji. Kraje dotychczas bogate, gdzie ze wsi już nie ma się kto do miast przenosić, gdyż rolników pozostało niewielu, będą narażone na imigrację z krajów ubogich. Zdaniem Goldsmitha należy się liczyć z ogromnym nasileniem ilości przybyszów z innych regionów świata, co prowadzić będzie do wielu problemów. Wzrost liczby ludności oznaczać będzie zapaść infrastrukturalną miast europejskich, zwiększy się w nich skala negatywnych zjawisk i patologii spowodowanych przegęszczeniem i brakiem pracy, zagrożony zostanie ład społeczny, gdyż przybysze zamiast asymilować się i identyfikować z zastaną kulturą, będą wierni swoim normom i obyczajom, co doprowadzi do wielu konfliktów i napięć (a w dłuższej perspektywie do erozji tożsamości kulturowej). Imigracja nie przyniesie korzyści nikomu: ani krajom, które zostaną wystawione na to zjawisko, ani zbiorowościom, z których będą się wywodzili przybysze, gdyż stracą one najbardziej wartościowe i najbardziej przedsiębiorcze jednostki, zdecydowane szukać lepszych warunków do życia poza swoją ojczyzną.

Kolejnym negatywnym następstwem liberalizacji handlu są procesy integracyjne, jakim poddaje się Europę. Integracja Europy na wzór traktatu z Maastricht podyktowana jest przede wszystkim względami ekonomicznymi. Ograniczając rolę państw narodowych, robi się to w celu zniesienia wewnątrzkontynentalnych barier celnych, regulacji i ograniczeń, jakie poszczególne państwa wprowadziły w celu ochrony swych gospodarek czy niektórych branż. Unia Europejska w takiej formie jest de facto politycznym ramieniem wielkich korporacji zainteresowanych całkowitą swobodą w określaniu ekonomicznych reguł gry na Starym Kontynencie. Jednolita waluta kontynentalna i skupienie mocy decyzyjnych dla całego kontynentu w rękach wąskiej garstki europejskich przywódców, przy jednoczesnym pozbawieniu państw i regionów możliwości decydowania o kierunku rozwoju własnej gospodarki – będą służyć powiększaniu zysków i umacnianiu pozycji wielkich koncernów. Unia Europejska wg postanowień z Maastricht to scentralizowany twór, z wyeliminowanym niemal całkowicie wpływem obywateli na decyzje ich dotyczące, z postawieniem poza nawiasem społecznego wpływu i krytyki elit politycznych i gospodarczych, z zanikiem demokracji i samorządności, z polityką finansową przynoszącą profity wielkim firmom i niekorzystną dla przeciętnych ludzi. Zdaniem Goldsmitha taki kierunek rozwoju jest zupełnie błędny. Zamiast tego proponuje on jednoczenie Europy przy pozostawieniu dużych kompetencji dotychczasowym państwom. Jednocześnie uważa, że istniejące państwa należy poddać procesom decentralizacyjnym, tak by obywatele mieli większy wpływ na decyzje ich dotyczące. Proponuje wprowadzenie niewielkich okręgów wyborczych, by wybrani przedstawiciele byli związani z wyborcami i przed nimi bezpośrednio odpowiedzialni, uważa także, że korzystne byłoby wprowadzenie demokracji bezpośredniej, by każda istotna sprawa była poddawana pod głosowanie ze strony wszystkich obywateli, nie zaś tylko ich przedstawicieli. Na szczeblu ponadpaństwowym - europejskim, powinno być załatwiane tylko to, czego nie da się skutecznie zrobić na niższych szczeblach, czyli ochrona środowiska (gdyż problemy ekologiczne nie dadzą się zamknąć w ramach jednego państwa i dotyczą znacznie większych zbiorowości) i obronność (wyraźnie widać, że Goldsmith nie jest zwolennikiem NATO i pragnie, by Europa stała się zdolna do samodzielnej obrony i niezależna militarnie). Oczywiście, istniałaby możliwość koordynowania na skalę ponadpaństwową innych procesów i dziedzin życia, ale na mocy obustronnych i czasowych porozumień zgodnych z opinią obywateli. Jednak naczelną zasadą organizującą życie społeczne w skali kontynentu powinna być zasada pomocniczości (subsydiarności), czyli załatwiania danego problemu na wyższym szczeblu tylko wtedy, gdy nie da się go rozwiązać na szczeblu niższym. Region powinien przejmować kompetencje gminy, gdy ta sobie z danym problemem nie radzi, państwo kompetencje regionu, gdy dzieje się podobnie, struktury europejskie, gdy państwo czyni analogicznie – dlatego naczelną ideą powinna być decentralizacja, przeniesienie władzy na jak najniższy szczebel, oddanie ludziom kontroli nad własnym życiem. Dopiero gdy dany problem przekracza możliwości mniejszej zbiorowości i jej instytucji, wtedy do akcji powinna wkraczać struktura o szerszym zasięgu.

Z dotychczasowego opisu można by wnosić, że Goldsmith tylko w niewielkim stopniu różni się od różnego rodzaju centralistycznych nacjonalistów, którzy sprzeciwiają się idei integracji europejskiej z obawy przed utratą suwerenności. Wiele kwestii Goldsmith rzeczywiście widzi podobnie jak oni, jednak w dalszych partiach książki nieco oddala się od miłośników państwowych ingerencji i załatwiania przez urzędniczy aparat spraw obywateli (choć częściowo robił to już podnosząc konieczność decentralizacji). Widoczne jest to w jego stosunku do roli państwa w takich kwestiach, jak pomoc społeczna, zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego i energetycznego. Z braku miejsca omówimy tylko pierwszą kwestię, pozostałe już nieco wspomnieliśmy (rolnictwo) lub są powszechnie znane (zagrożenia związane z energetyka jądrową) – w każdym razie rozchodzi się o szkodliwość fuzji państwa i wielkiego biznesu, które lekceważą zdrowie i bezpieczeństwo obywateli oraz stan ekosystemu, przedkładając ponad te kwestie własne zyski.

James Goldsmith, choć silnie akcentuje potrzebę dbałości o dobro wspólne i kładzie nacisk na analizę uwzględniającą całokształt sytuacji społecznej, poddaje krytyce istniejący model pomocy tym członkom zbiorowości, którzy z takich czy innych powodów zagrożeni są marginalizacją. Jego zdaniem obecne mechanizmy zabezpieczania przez państwo interesów tych grup społecznych są w rzeczywistości wadliwe i czynią więcej złego niż dobrego. Państwo opiekuńcze, które zapewnia swoim obywatelom szereg świadczeń, pozbawia ich jednocześnie samodzielności, inicjatywy, zaradności, sprawia, że stają się oni uzależnieni od opieki państwowych urzędników i nie potrafią sami zadbać o własne dobro. Rozbudowana pomoc społeczna, która opiera się na państwowych instytucjach i regulacjach, prowadzi do stworzenia całej klasy ludzi, którzy nie potrafią we własnym zakresie uporać się z problemami. To swego rodzaju mentalne kalectwo coraz większych warstw ludności grozi zapaścią całego społeczeństwa – zanika duch inicjatywy, dominuje bierność i apatia, rosną żądania i maleją chęci do własnego wysiłku. Taki system nie tylko prowadzi do zatraty samodzielności i odpowiedzialności za własny los, ale też jest niewydolny. Rosną koszta, powiększa się armia biurokratów, a potrzebujących stałej opieki wciąż przybywa. W efekcie nie ma mowy o przezwyciężeniu marginalizacji tych warstw, lecz konserwuje się istniejący stan rzeczy. Goldsmith przestrzega przed oddawaniem coraz większych kompetencji w ręce państwa. Jego zdaniem szkodliwa, zarówno dla jednostek, jak i całego społeczeństwa, jest sytuacja, w której państwo wyręcza ludzi z wychowywania dzieci, zabezpieczenia się przed zdarzeniami losowymi, zapewnienia sobie środków do życia na emeryturze, dbałości o własne zdrowie i szeregu innych naturalnych obowiązków. Oczywiście, zdaje on sobie sprawę, że przy dzisiejszym stopniu złożoności życia społecznego nie są to kwestie łatwe do rozwiązania, dlatego też nie postuluje całkowitego wycofania się państwa z dbałości o te aspekty życia obywateli, lecz uważa, iż należy stopniowo ograniczać jego rolę poprzez wprowadzenie mechanizmów, które przywróciłyby ludziom możliwość (konieczność) zajęcia się własnym życiem i ponoszenia konsekwencji własnych decyzji. Rolę państwa stopniowo przejmowałyby – oprócz samych jednostek i rodzin – kręgi sąsiedzkie, inicjatywy lokalne, samorządowe, prywatne przedsiębiorstwa itp. Jego zdaniem, najlepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie systemu, w którym oświatą, lecznictwem, świadczeniami emerytalnymi itp. zajmowałyby się po trosze wszelkie tego typu instytucje i podmioty. Taki sektor mieszany miałby się składać z zabezpieczenia niezbędnych świadczeń ze strony państwa, przy jednoczesnym oddaniu w ręce sektora pozarządowego i komercyjnego wszelkich świadczeń i usług wykraczających poza owo minimum. Krytykuje model skandynawski, gdzie państwo reguluje wszelkie ważniejsze kwestie życia obywateli, oduczając ich samodzielności i odpowiedzialności, zaszczepiając natomiast postawy roszczeniowe. Będąc ostrożnym wobec państwa, przejawia ostrożność także wobec rynku, gdyż jego zdaniem niektóre kwestie są zbyt złożone i ważne, by można sobie pozwolić na ryzyko pozostawienia ich w gestii podmiotów kierujących się wyłącznie regułą szybkiego zysku. Dlatego uważa, że najlepszym byłby system łączący podmioty państwowe, rynkowe i inicjatywy obywatelskie.

Książkę kończą rozważania Goldsmitha dotyczące głębszych przyczyn omówionych wcześniej problemów, czyli kryzysu cywilizacji, z jakim mamy jego zdaniem do czynienia. Trudno jednoznacznie określić na podstawie tych wypowiedzi stanowisko zajmowane przez autora „Pułapki”. Z jednej strony krytykuje on tradycję chrześcijańską za oddzielenie człowieka od natury i stworzenie uzurpatorskiego stosunku wobec świata, z drugiej zaś wskazuje, że przyczyn dzisiejszego kryzysu społeczno-ekologicznego (warto zauważyć, że dla Goldsmitha kwestie te są nierozdzielne) należy doszukiwać się w postawie myślicieli oświeceniowych, których bezgraniczna wiara w możliwości ludzkiego umysłu oraz towarzyszące jej lekceważenie dla tradycji religijnych i kulturowych doprowadziły do współczesnych problemów. Goldsmith popada w wyraźną sprzeczność krytykując zlaicyzowanych myślicieli za lekceważenie religii i zasad etycznych, gdy jednocześnie sam dokonuje ataków na dziedzictwo religijne Europy, które kształtowało jej etos. Sprzeczność tę próbuje przesłonić odwołaniami do innych systemów wierzeń: orientalnych (buddyzm) i pierwotnych (wierzenia Indian). Muszę jednak przyznać, ze takie odświeżanie mitu „dobrego dzikusa” nie wnosi niczego nowego do rozwiązania kryzysu cywilizacyjnego. Pomijając już fakt, że Europa znajduje się w stanie kryzysu dopiero od niedawna (a zatem nie była w nim przez setki lat funkcjonowania chrześcijaństwa), to pokładanie wiary w jakieś rzekomo cudowne właściwości buddyzmu i jego stosunku do natury jest nader mało twórcze i rozsądne, zważywszy, że ten (i inne podobne) rzekomo znacznie bardziej uduchowiony i „ekologiczny” system wierzeń błyskawicznie kapituluje przed realiami współczesnego świata (kraje buddyjskie tak samo niszczą dziś przyrodę jak i chrześcijańskie, buddystami jest wielu mieszkających na Zachodzie szefów wielkich korporacji niszczących przyrodę oraz zwykłych ludzi pogrążonych w konsumpcyjnym stylu życia, a autorytety moralne buddyzmu całkowicie akceptują dzisiejsze społeczeństwo, czasem tylko zgłaszając drobne zastrzeżenia – wystarczy przeczytać sobie rozmowę Michnika z Dalajlamą w „Gazecie Wyborczej”, by pozbyć się tego typu złudzeń). Podobnie jest z wierzeniami ludów na niskim poziomie rozwoju technologicznego, jak np. Indian, których ekologiczność i związek z siłami natury nie są pochodną jakiegoś wspaniałego systemu filozoficznego, lecz zwykłego egzystowania na niskim poziomie materialnym. Jako taki nie jest więc żadną alternatywą dla współczesnego społeczeństwa opartego na rozbudowanym aparacie technologicznym i oddzieleniu od przyrody. Można dziwić się naiwności człowieka, który jako inspiracje mające pomóc Zachodowi w przezwyciężeniu kryzysu przywołuje chińskie mądrości i przypowieści w sytuacji, gdy Chiny są państwem gwałtownie się industrializującym i lekceważącym całkowicie jakiekolwiek wymogi ochrony środowiska, a troskę o dobro wspólne zastępujące kolektywistycznym zamordyzmem. Niestety, Goldsmith powiela typowe dla współczesnych intelektualistów odrzucenie własnych tradycji i fascynację dorobkiem innych kultur – nie jest to postawa ani nowa, ani oryginalna, gdyż z takim zjawiskiem mamy do czynienia od kilkunastu dekad. Nie jest to jednak przede wszystkim postawa twórcza i mogąca być jakąkolwiek alternatywą, bo cywilizacja zachodnia ma własną kulturę i kryzysu tejże cywilizacji nie da się przezwyciężyć importowaniem ideologicznych czy religijnych nowinek z innych części świata, zwłaszcza gdy i one pogrążają się w kryzysie i nie mogą sprostać wyzwaniom naszych czasów. Choć dokonana przez Goldsmitha krytyka wypracowanej w dobie Oświecenia (a nawet wcześniej) ideologii racjonalistycznej jest trafna, to zupełnie nie przekonują mnie zaproponowane przez niego alternatywy w postaci zastąpienia tegoż racjonalizmu wschodnim czy prymitywnym etosem kulturowo-religijnym. Ta partia książki wydaje się zatem najsłabszą częścią wywodu Goldsmitha, a szkoda, gdyż problem rzeczywistych przyczyn kryzysu i możliwości zaradzenia jemu jest niezwykle istotny i nie da się go zastąpić serwowaniem modnych, newage’owych hasełek dla naiwnych.

W polskim wydaniu książki możemy jeszcze zapoznać się z wywiadem przeprowadzonym z Goldsmithem właśnie z myślą o rodzimym czytelniku. Poruszone są w nim problemy dotyczące już bezpośrednio naszego kraju. Przede wszystkim Goldsmith przestrzega Polaków przed integracją europejską na wzór Maastricht, a inne formy współpracy gospodarczej z krajami zachodnioeuropejskimi proponuje podejmować dopiero, gdy uda się nam doprowadzić do poprawy sytuacji gospodarczej i zwiększenia konkurencyjności. W przeciwnym wypadku będziemy bowiem jedynie obszarem stanowiącym rynek zbytu dla wielkich koncernów, a dokonany przez nie drenaż kapitałowy uniemożliwi stworzenie podstaw do stabilizacji ekonomicznej i społecznej. Jego zdaniem, Polska nie powinna podążać drogą, na jaką usiłują ją skierować światowe gremia ekonomiczne i polityczne. Droga ta oznaczać będzie dla Polski zniszczenie rodzinnego rolnictwa, rozrost miast, rosnące bezrobocie, patologie społeczne, całkowite pozbawienie możliwości prowadzenia niezależnej polityki itp. Zamiast uczestnictwa w światowym systemie wolnego handlu, proponuje nam on tworzenie regionalnych porozumień między państwami o podobnym potencjale, np. z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Jego zdaniem integracja europejska na wzór Maastricht to także zagrożenie dla tożsamości narodowej i różnorodności kulturowej. Po raz kolejny obala on przy tym mity, że narzucany obecnie „wolnorynkowy” model rozwoju jest jedynym, który gwarantuje sukces. Przywołuje przykład japońskiej polityki protekcjonistycznej, która umożliwiła temu krajowi rozwój gospodarczy przy jednoczesnym uniknięciu patologii społecznych, bezrobocia itp. Dlatego przestrzega Polaków przed skutkami procesów odmiennych – liberalizacji światowego handlu i związanej z nimi neoliberalnej polityki wewnętrznej. Po kilku latach od opublikowania książki nie sposób nie przyznać mu racji obserwując skutki dokonujących się w naszym kraju „reform” i „cudów” gospodarczych. Niestety, mimo przestróg zawartych w „Pułapce” ani polscy, ani europejscy decydenci nie uczynili nic, by zastopować negatywne procesy. Nie oznacza to, że wysiłek Goldsmitha poszedł na marne, czego dowodem jest rozwój w ostatnich latach silnego, ogólnoświatowego ruchu antyglobalizacyjnego, w pewnej mierze zainspirowanego także opublikowaniem i popularnością „Pułapki”. Dla sporej części tych, którzy niedawno wyszli na ulice Waszyngtonu i Seattle Goldsmith jest patronem (nawet jeśli jego tezy znają z drugiej ręki) – i choćby dlatego warto sięgnąć po jego książkę.


  Remigiusz Okraska

  *zob. James Goldsmith – „Odpowiedź”, Wydawnictwo „Nortom”, Wrocław 1997 (sprzedaż wysyłkowa: Wydawnictwo „Nortom”, ul. Sanocka 15/17, 53-304 Wrocław). Moją recenzję tej książki opublikowały pisma: „Zielone Brygady” nr 119, październik 1999; „Rzeczywistość” nr 14, marzec 1999; „Wspólnota” nr 10, maj 2000

  **Nie zmienia tego faktu zjawisko ingerencji państwa w gospodarkę, gdyż neoliberalizm w praktyce – wbrew głoszonym hasłom o wolności gospodarczej – oznacza wspieranie przez państwo wielkich koncernów. Rynek w neoliberalizmie jest wolny wyłącznie dla wielkich korporacji, a niewielkie przedsiębiorstwa prywatne, spółdzielcze czy państwowe nie mogą liczyć na żadne ulgi. Wystarczy wspomnieć, że w czasach neoliberalnych rządów Reagana wzrosły obciążenia podatkowe dla zwykłych obywateli i małych firm, przy jednoczesnej redukcji zobowiązań dla korporacji; podobnie było za Thatcher w Anglii, gdy zamykano rentowne kopalnie i wspierano z państwowej kasy deficytowe prywatne firmy zajmujące się energetyką jądrową czy eksploatacją ropy naftowej.


<< powrót