W obliczu globalizacji


O globalizacji dużo mówi się w ostatnich latach, dobrze więc się stało, że do księgarń trafiła książka Hansa-Petera Martina i Haralda Schumanna pt. „Pułapka globalizacji”, będąca pierwszym w Polsce (obok wydanego nieco później „Turbokapitalizmu” E. Luttwaka) wszechstronnym opisem tego procesu. Jej autorzy, dziennikarze popularnego niemieckiego pisma „Der Spiegel” podjęli się próby odpowiedzi na pytanie, jakie skutki (zwłaszcza dalekosiężne) niesie ze sobą proces o nazwie globalizacji. Globalizacja, jak wskazuje sama nazwa, to tworzenie się w skali globalnej wielu powiązań oraz brak kontroli tych zjawisk na szczeblu poszczególnych krajów i regionów. Globalizacja zachodzi obecnie praktycznie we wszystkich dziedzinach: polityce, kulturze, stylach życia, a przede wszystkim w ekonomii i gospodarce. To właśnie globalizacja gospodarcza leży u podstaw obecnego stanu rzeczy, a rozwój tzw. „światowego wolnego rynku” odpowiada za przemiany w innych dziedzinach życia. Podobnie rzecz widzą autorzy książki, którzy starają się ukazać jak ten „wolny rynek” (neoliberalna ideologia oraz towarzyszące jej rozwiązania gospodarcze) wpływa negatywnie na jakość życia zbiorowości ludzkich, jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy oraz co zrobić, aby ten proces zahamować.

Autorzy wychodzą od nakreślenia obrazu spodziewanych następstw procesów globalizacyjnych. Pierwszym ze skutków globalizacji gospodarczej będzie nowy podział społeczeństwa, warunkowany dostępem do dobrze płatnej i stałej pracy, przyzwoitej edukacji, dóbr kultury, sprawnej służby zdrowia, dobrych warunków mieszkaniowych itp. Skończyło się opowiadanie o „sprawiedliwości społecznej”, „solidaryzmie”, „równym starcie” – zamiast tego będziemy coraz częściej słyszeć o zaostrzającej się konkurencji i konieczności wyrzeczeń. Autorzy prognozują pojawienie się „społeczeństwa formuły 20:80”, w którym przyzwoite warunki życia przypadną jednej piątej zbiorowości, a pozostała część będzie funkcjonować na zupełnie innym poziomie: 80% każdego społeczeństwa (także w krajach wysokorozwiniętych) będzie żyć bez stałej pracy zapewniającej godziwe dochody, bez dostępu do edukacji gwarantującej udział w życiu publicznym, do służby zdrowia na wysokim poziomie i świadczeń socjalno-emerytalnych, do dóbr kultury.

Czeka nas powrót do realiów rodem z feudalizmu, z tym, że odpowiedzialność elit za podwładnych z tamtego okresu zastąpiona zostanie pogardą okazywaną reszcie społeczeństwa. Brak nadzoru nad gospodarką i jej wpływem na procesy społeczne sprawi, że 80% społeczeństwa pozostanie bez pracy lub pracować będzie dorywczo w ciężkich warunkach oraz mieszkać w swego rodzaju slumsach. Będzie to dla większości mieszkańców naszej planety życie wielkomiejskie. Drobne rolnictwo zostanie wyrugowane przez wielkie farmy a tysiące pozbawionych ziemi chłopów przeniosą się w poszukiwaniu środków do życia do miast, które będą się rozrastać w zastraszającym tempie. Brak pracy, przeludnienie, zapaść infrastruktury, przestępczość, patologie społeczne, fatalne warunki mieszkaniowe, ogromna skala skażenia środowiska – oto rzeczywistość miast nadchodzącej epoki. Elity zaś będą mieszkać w wydzielonych, odizolowanych dzielnicach, albo na pozamiejskich obszarach o malowniczym położeniu, dobrze strzeżonych i chronionych przed „intruzami”.

O udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji nie będzie mowy: władzę będzie miał ten, kto posiada pieniądze, a demokracja do reszty okaże się fikcją. Bieg wydarzeń będzie wyznaczała gospodarka, której zostaną podporządkowane wszelkie pozostałe aspekty życia społecznego. Będziemy mieli do czynienia z narastającym chaosem – społeczeństwo podzieli się na skonfliktowane plemiona walczące o łupy (oczywiście o ten podział zadbają włodarze systemu napuszczając ludzi na siebie wg starej zasady „dziel i rządź”), niepokoje społeczne zaowocują wzmocnieniem sił represji i faktycznym zamordyzmem. Będzie jak w Chile: dyktatura wojskowej junty (być może w nowych realiach armię zastąpią prywatne bandy „ochroniarzy”) plus „wolny rynek” w postaci podporządkowania wszystkich dziedzin gospodarki ponadnarodowym koncernom.

I nikt nie będzie się potrafił temu przeciwstawić: aktywność społeczna albo zaniknie (brak sił w codziennej walce o przetrwanie), albo nie będzie miała szans na dokonanie zmian (nikłe możliwości finansowe i techniczne, presja ze strony aparatu represji i kontroli oraz nagonka mediów będących na usługach bossów nowego porządku); duże struktury (państwa, organizacje międzynarodowe) będą wciąż tracić na znaczeniu sprowadzane do roli „stróża nocnego” odpowiedzialnego za zapewnienie bezpieczeństwa koncernom i biznesmenom, albo po prostu wyeliminuje się je z gry przy użyciu siły, jak choćby niedawno Serbię. Nie będzie miejsca na samodzielność, gdyż uzależnienie od wielkich instytucji finansowych (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy), gospodarczych traktatów i porozumień (GATT, projektowany MAI) oraz presja ze strony finansowych spekulantów staną się nie do przezwyciężenia.

Wyeliminuje się też opozycję, którą presja rynku zmusi do podporządkowania się wymogom sponsorów: dotychczasowe kulturotwórcze elity będą siedzieć w kieszeni elit finansowych i tańczyć tak, jak tamte im zagrają (bo wujek Soros nie da dotacji na następną rozprawę pana profesora, albo nie zorganizuje konferencji i nie pokażą jej uczestników w telewizji), całą resztę „podejrzanych typków” z lewa i prawa pozamyka się w więzieniach pod byle pretekstem albo ośmieszy w mediach, a jeśli nawet znajdzie się jakiś ekscentryczny milioner jak James Goldsmith, który zechce wyłożyć trochę grosza na nie przekupione jeszcze inicjatywy, to dorobi się mu gębę dziwaka, a nawet „faszysty”. A demokracja, samorządność? O wynikach wyborów - o ile będą się jeszcze odbywały - i tak zadecydują nakłady na kampanię wyborczą i postawa mediów, a tu już nie ma pomyłek i nikt niepewny nie dostanie ani złotówki, zresztą i tak wybrani będą tylko figurantami (już dziś coraz mniejsze znaczenie w wyborach mają programy i konsekwencja w realizowaniu obietnic – zastępowane są dbałością o dobry image kandydatów i ich medialną „przyswajalność”), bo decyzje o istotnym znaczeniu zapadną gdzie indziej – w kręgach wielkiego biznesu.

Taki scenariusz wygląda na wizję z horrorów lub filmów science-fiction i na pierwszy rzut oka wydaje się nam, iż jest on przesadzony, niemożliwy do realizacji. Jednak w tej układance coraz więcej elementów zaczyna do siebie pasować. Wizja ta odnosi się do przyszłości i to dość odległej w państwach wysokorozwiniętych, jednak daje się zauważyć coraz więcej negatywnych trendów: zmniejszające się dochody tzw. klasy średniej i warstw niższych, powiększające się bezrobocie oraz zamiana stałych etatów na pracę dorywczą w niepełnym wymiarze godzin, likwidacja wielu świadczeń socjalnych, rosnąca presja wielkiego biznesu na prawa pracownicze i przepisy dotyczące ochrony obszarów przyrodniczo cennych, coraz gorszy dostęp do oświaty i służby zdrowia na przyzwoitym poziomie, malejący wpływ przeciętnego człowieka na bieg wydarzeń, rozrost patologii społecznych. Zmiany te zachodzą powoli, jednak wiele wskazuje, że proces zostanie przyspieszony, gdy będą pękać kolejne zapory powstrzymujące ekspansję wolnego rynku. Taki właśnie rozwój sytuacji przewidują autorzy książki.

Ich zdaniem przyczyną tego jest postępująca liberalizacja handlu, rosnąca pozycja dużych firm i wynikający stąd prymat ekonomii nad polityką oraz stawianie zysku ponad innymi wartościami. Dążąc do gospodarczego rozwoju, przywódcy państw usuwali regulacje ograniczające niekontrolowany przebieg produkcji i dystrybucji. Szybko okazało się, że w parze z przywilejami nie idą obowiązki, a wielkie koncerny nie mają zamiaru troszczyć się o dobro wspólne. Wtedy praktycznie niewiele już można było zdziałać, bo to właśnie szefowie korporacji dyktowali warunki politykom. W miarę jak redukowano cła i bariery prawne, przedsiębiorstwa przenoszono tam, gdzie można produkować taniej. Wraz z produkcją uciekały też z kraju wpływy z podatków, zwłaszcza do licznych „oaz podatkowych”. Rosła presja na pracowników, by pracowali coraz wydajniej i coraz taniej, bo inaczej ich miejsca pracy dostaną się zagranicznej konkurencji. Spadały wydatki na cele publiczne, pogłębiały się społeczne podziały, nowe technologie zamiast umożliwić lepsze warunki życia, doprowadziły – z namaszczenia biznesu – do degradacji wielu pracowników i ich rodzin (m.in. przez zastąpienie wysiłku ludzkiego pracą automatów i wynikające stąd bezrobocie).

Państwo, które mniej lub bardziej udanie dbało o równomierny rozdział dochodów (przez wysokie opodatkowanie zysków najbogatszych i mniej lub bardziej efektywną dbałość o te sektory publiczne, które nie gwarantują szybkiego zysku bez wielkich nakładów), miało coraz mniej do powiedzenia. Jego kompetencje wciąż malały na skutek presji biznesu, który żądał przywilejów i groził przeniesieniem się do innych części świata w razie nie otrzymania ich. W końcu doprowadzono do tego, że pojedynczy kraj nie jest w stanie stawiać oporu światowym potęgom ekonomicznym. Wielki biznes skupił w swych rękach tak wiele możliwości ingerencji w stan gospodarki (od wycofania swojego kapitału po dokonywane przez spekulantów ataki na jego walutę), że nie ma mowy o faktycznej suwerenności. Zwykli obywatele są jedynie pionkami w grze światowych potęg – ponadnarodowych korporacji. Tracą znaczenie struktury, które kiedyś stanowiły zaporę przed wpływami gigantów gospodarczych: partie polityczne, związki zawodowe, grupy konsumenckie, organizacje pozarządowe – zostawia się im tylko te sfery działalności, które nie stanowią dla korporacji zagrożenia lub są dla nich nieopłacalne (np. działalność charytatywna). Społeczeństwo obywatelskie w praktyce nie istnieje, a władza elit finansowych nie jest w żadnej mierze zależna od swych poddanych. Aktywność społeczna jest na różne sposoby hamowana i ograniczana – pozostawia się wolną rękę inicjatywom nie stanowiącym dla systemu żadnego zagrożenia, lecz służącym do skutecznego odwracania uwagi od istotnych problemów.

„Wolny rynek” w praktyce jest wolny dla nielicznych: oznacza zwalnianie wielkich firm od podatków i zobowiązań wobec ogółu, a jednocześnie coraz większe obciążenia i koszta dla niewielkich producentów i konsumentów (w Polsce widać to dobrze w czasie rządów koalicji AWS i UW, które zmniejszyły podatki dla najlepiej zarabiających i przyznały wiele ulg podatkowych wielkim firmom, by jednocześnie zmniejszyć zakres świadczeń socjalnych, podwyższyć i wprowadzić nowe podatki uderzające w mało zarabiających, wycofać się z finansowania usług publicznych itp.). Tak niechętni państwowemu interwencjonizmowi „wolnorynkowcy” żądają jednocześnie od tego samego państwa korzystnych ulg i przywilejów, o których małe i narodowe firmy nie mogą nawet marzyć. Równie chętnie „wolnorynkowcy” korzystają z innych społecznych inwestycji: infrastruktury komunalnej, dofinansowania badań naukowych, utrzymywania porządku (ciekaw jestem jak funkcjonowaliby miłośnicy „wolnego rynku” z wielkich koncernów, gdyby sami musieli zbudować np. drogi, linie kolejowe, lotniska, wodociągi, sieci energetyczne, dzięki którym w ogóle mogą prowadzić działalność, a które na całym świecie zbudowano za pieniądze podatników, bo giganci „wolnego rynku” nie daliby tego zrobić bez ryzyka bankructwa itp.)

Społeczeństwo funkcjonujące w takich warunkach nie ma przyszłości. Rosnące obszary nędzy, patologii, przestępczości, brak perspektyw, frustracja, niemożność uporania się z problemami społecznymi, wysokie bezrobocie, niski poziom oświaty, służby zdrowia i świadczeń socjalnych, pogłębiające się podziały społeczne, rosnące skażenie środowiska naturalnego – wszystkie te procesy prowadzą do zapaści struktur społecznych, paraliżu instytucji publicznych, zaniku norm i wartości umożliwiających trwanie takiego układu. Słusznie obawiają się autorzy książki, że taka sytuacja może zaowocować negatywnymi następstwami: destruktywnymi niepokojami społecznymi, dyktaturą i ograniczeniem swobód obywatelskich w celu powstrzymania narastającego chaosu, konfliktem zbrojnym itp.

Co proponują w zamian? Przede wszystkim przywrócenie prymatu polityki nad gospodarką – ta ostatnia ma służyć ludziom, nie zaś oni jej. Jeśli chodzi o rozwiązania doraźne, proponują wprowadzenie wysokich podatków „ekologicznych”, które uderzą w wielkie firmy i pozwolą sfinansować ochronę środowiska oraz zaniedbywane usługi publiczne. Uważają także, że konieczne jest wprowadzenie opodatkowania międzynarodowych transferów kapitału (pomysł znany szerzej pod nazwą podatku Tobina, od nazwiska laureata Nagrody Nobla, który zaproponował taki sposób ograniczenia wpływów kręgów biznesowych), co uniemożliwiłoby prowadzenie finansowych spekulacji na wielką skalę i rozwój fortun nie związanych z produkcją i tworzeniem miejsc pracy. Sądzą także, że nieodzowna jest likwidacja tzw. rajów podatkowych, czyli miejsc, do których transferuje się ogromne sumy z krajów macierzystych, unikając w ten sposób płacenia podatków i uciekając od zobowiązań wobec zbiorowości, w których naprawdę funkcjonują takie osoby. Jeśli chodzi o rozwiązania wykraczające poza działania doraźne, nadziei na poprawę sytuacji upatrują w integracji europejskiej, która jednak miałaby zupełnie inną postać niż obecnie. Zjednoczona Europa ze wspólną walutą mogłaby stać się podmiotem zdolnym do dyktowania warunków wielkiemu biznesowi i prowadzenia polityki mającej na uwadze zapewnienie swoim obywatelom godziwych warunków życia. Mogłaby dokonać tego, czego nie jest w stanie zrobić żadne pojedyncze państwo europejskie, które nie dałoby rady wytrzymać presji ze strony wielkiego kapitału. Jednak Europa taka musiałaby być jednoczona na zupełnie innych zasadach: z zachowaną pozycją poszczególnych państw, zwiększonym wpływem obywateli na procesy decyzyjne i z rozszerzonym zakresem demokratycznych regulacji. Nie mogłaby to być Europa dowodzona przez technokratów, którzy realizują politykę korzystną dla wielkich koncernów. Taka Europa byłaby w stanie wymóc na wielkim biznesie odpowiedzialność za dobro wspólne oraz podporządkować jego ekspansję wymogom społecznym. Mogłaby przywrócić równowagę między dochodami wszystkich warstw społecznych, między działalnością korporacji a rozwojem rynków lokalnych, między gospodarką a innymi dziedzinami życia, między „wzrostem gospodarczym” a autentyczną ochroną ekosystemu.

Trudno jednoznacznie ocenić takie propozycje. Na pewno rację mają, gdy mówią o trudności uporania się z problemami przez pojedyncze państwo. Mają też sporo racji, gdy proponują wprowadzenie jakiejś formy ponoszenia kosztów przez wielki biznes i demokratyzację procesów decyzyjnych. Natomiast upatrywanie w Zjednoczonej Europie czynnika mogącego coś zmienić to zbytni optymizm, gdyż twór ten powstał pod dyktando globalizatorów i pod ich kontrolą pozostaje. Podobnie jest z pomysłami zwiększenia regulacji państwa, gdyż to nie kto inny jak państwowi urzędnicy i ich polityka doprowadzili do zaistnienia obecnej sytuacji: wystarczy wspomnieć stojącą na czele rządu brytyjskiego premier Margaret Thatcher, która w swoim obłędnym dążeniu do „wolnego rynku” nie tylko nie zawahała się doprowadzić do śmierci czterech strajkujących górników (swoją drogą: ciekawym zjawiskiem jest potępianie przez naszą rodzimą prawicę komunistycznego reżimu, który strzelał do robotników, przy jednoczesnym zachwycaniu się dokonaniami pani Thatcher – okazuje się, że są mordercy dobrzy i mordercy źli), ale i umożliwiła rozwój tendencji globalizacyjnych. Poza tym wspólny rynek europejski jest opanowany przez te same korporacje i spekulantów i dla społeczeństw Europy byłby on tylko światowym rynkiem w pomniejszonej skali, z dokładnie takimi samymi wadami.

Nie da się jednoznacznie wskazać, co mogłoby być alternatywą wobec procesów globalizacyjnych – może coś w rodzaju ogólnonarodowego zrywu społecznego z lat pierwszej, autentycznej „Solidarności”, przy jednoczesnym wspieraniu wszelkich prób odzyskiwania suwerenności przez Polskę i inne kraje Europy i świata, tworzenie międzynarodowych sojuszy wymierzonych w hegemonię wielkiego biznesu i USA (coś na kształt dawnego ruchu „państw niezaangażowanych”), to wszystko zaś wzbogacone samoorganizacją społeczną (bo zupełnie chybione są pomysły bezwarunkowego popierania zamordystycznych reżimów tylko dlatego, że są one przeciwne globalizacji) i tworzeniem struktur niezależnych od wielkiego biznesu. Pewne jest jednak, że jeśli nie chcemy, aby opisywane przez Martina i Schumanna wizje do końca stały się rzeczywistością, już dziś powinniśmy zacząć pracować na rzecz stworzenia alternatywnego wizerunku przyszłości i jego urzeczywistnienia. Mamy już do czynienia z pierwszymi symptomami narastającego sprzeciwu wobec istniejącej sytuacji, jakimi jest współpraca ruchu obrońców środowiska, związków zawodowych, fundacji, niezależne pism i stowarzyszeń, radykalnych ugrupowań politycznych różnych opcji itp. Co szczególnie istotne, ruch ten nabiera cech ogólnospołecznego sprzeciwu, bowiem nie mamy tu już do czynienia z dawnymi, jałowymi formacjami odwołującymi się do interesów narodowych (środowiska faszyzujące) czy klasowych (wszelkiej maści lewacy) – lecz z oporem ludzi wszystkich warstw, klas i regionów świata zjednoczonych nie tyle jakąś kolejną rzekomo cudowną ideologią, lecz zwykłą niechęcią wobec coraz bardziej antyludzkiego i antyprzyrodniczego systemu społeczno-gospodarczego, jakim jest kapitalizm przełomu wieków. Czas pokaże, kto zwycięży – pamiętajmy jednak, że w przypadku triumfu sił globalizacyjnych prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z największym zniewoleniem i zamordyzmem, jaki świat dotychczas oglądał. I nie zmieni tego faktu świadomość, że być może w świecie tym będzie bardzo dużo wolnorynkowej „wolności” w postaci niewyobrażalnej oferty towarów i usług. Dla ludzi bez stałej pracy, żyjących na krawędzi przetrwania, w zdegradowanym środowisku naturalnym – będzie to wolność iluzoryczna. Taka wolność, jaką posiada dziś żebrak włóczących się po bogatych centrach wielkich miast. Może on przecież dotknąć i posmakować tych wszystkich wspaniałości zapełniających sklepowe półki – tyle tylko, że przez grubą szybę...


  Remigiusz Okraska


<< powrót