Ocalić od zapomnienia: „Spór o wzrost gospodarczy” Edwarda J. Mishana


Wśród toczących się dyskusji dotyczących współczesnej gospodarki możemy co jakiś czas natrafić na uwagi odnoszące się do problemu wzrostu gospodarczego, a raczej - problemów ze wzrostem gospodarczym. Wśród sporów o to, czy gospodarka ma być „wolna”, czy może „kontrolowana”, czy bardziej „globalizować”, czy też może robić to w mniejszym niż dotychczas stopniu, jak i kto ma dzielić korzyści wynikające z rozwoju technologicznego i gospodarczego, pojawiają się czasami opinie zupełnie innego rodzaju. Mowa tu o osobach występujących przeciwko głównemu dogmatowi istniejącego systemu społeczno-ekonomicznego (myślę tu nie tylko o kapitalizmie, ale i głównych jego antagonistach, czyli wszelkich mniej lub bardziej „socjalizujących” koncepcjach), czyli poglądowi, że potrzebny jest nam wzrost gospodarczy. Nie są to głosy częste, na ogół dobiegają ze środowisk ekologicznych, głoszących czasami hasło „zerowego wzrostu”.

Dogmat o konieczności wzrostu gospodarczego ma wyjątkowo silne poparcie rozmaitych opcji politycznych, grup zawodowych, warstw społecznych itp. Niemal wszyscy politycy głoszą konieczność stałego wzrostu. Sekundują im w tym dzielnie ekonomiści oraz działacze związków zawodowych i organizacji społecznych. Osoby, które we wszystkich pozostałych kwestiach różnią się znacznie, zgadzają się bez problemu, gdy mowa o konieczności stymulacji wzrostu gospodarczego. Tradycyjne podziały polityczne i ideowe odchodzą w cień, gdy pojawia się ten właśnie problem: jeśli w Polsce ktoś krytykuje Balcerowicza i jego neoliberalną politykę, to ani myśli zakwestionować samego rdzenia tejże polityki, czyli dążenia do wzrostu gospodarczego. Zwolennicy sterowanej gospodarki, od PPS-u, przez PSL, po Leppera i Łopuszańskiego, krytykując liberałów zgadzają się z nimi jeśli chodzi o ten problem. Co więcej, neoliberałów krytykują oni często za niedostateczny ich zdaniem wzrost gospodarczy, „chłodzenie gospodarki”, mały przyrost PKB. Tymczasem wydaje się, że w dzisiejszych realiach coraz mniejsze znaczenie mają podziały na linii lewica-prawica, neoliberałowie-„interwencjoniści” itp. O wiele ważniejszy jest bowiem stosunek do wzrostu gospodarczego: czy jest się za dalszym wzrostem, czy też przeciwko niemu. Dlaczego? Sięgnijmy do kluczowej pozycji książkowej poświęconej tej problematyce.

Mam na myśli rozprawę Edwarda J. Mishana „Spór o wzrost gospodarczy”. Jej autor, profesor London School of Economics i Uniwersytetu w Maryland, zasłynął pod koniec lat 60., kiedy to wydano jego pierwszą książkę na ten temat, „The Costs of Economic Growth”. Była ona wyzwaniem rzuconym ekonomicznemu i politycznemu establishmentowi, zakwestionowaniem całego dotychczasowego kierunku rozwoju gospodarki. Wyzwanie to było tym poważniejsze, iż rzucił jej renomowany ekonomista, z łatwością poruszający się na gruncie problemów gospodarczych i znający od podszewki teoretyczne i praktyczne aspekty tej dziedziny. Choć pewne głosy krytyczne wobec dotychczasowego pojmowania wzrostu pojawiły się już wcześniej, głównie ze strony rodzącego się ruchu ekologicznego*, który wskazywał na niemożność utrzymania stałego wzrostu z racji na towarzyszące mu wyczerpywanie się surowców i powstawanie licznych zanieczyszczeń (prowadzących aż do groźby katastrofy), to dopiero książka Mishana spowodowała spore poruszenie. Po pierwsze, jego krytyka objęła nie tylko ekologiczne, ale i społeczne „ciemne strony” wzrostu. Po drugie, w przeciwieństwie do niezbyt poważnie traktowanych ekologów, Mishan był cenionym naukowcem. Po trzecie, w przeciwieństwie do zabarwionych często histerią wywodów ekologów Mishan argumentował spokojnie. Po czwarte wreszcie, kwestionował on kierunek rozwoju całego nowożytnego społeczeństwa, na równi krytykując kapitalizm i komunizm, podczas gdy ekolodzy flirtując z lewicą nie chcieli dostrzec, że nie tylko realny, ale i wyimaginowany idealny socjalizm są skażone obsesją na punkcie rozwoju gospodarczego i zapewnienia wszystkim raju na ziemi poprzez wykorzystanie owoców tego procesu.

Dziesięć lat po wydaniu tamtej książki, Mishan napisał kolejną: „The Economic Growth Debate. An Assessment”, wydaną w Polsce pod tytułem „Spór o wzrost gospodarczy”. Jest ona rozwinięciem wielu tez swojej poprzedniczki, stanowi także reakcję na zjawiska towarzyszące dalszemu wzrostowi i jego kultowi. Na tym jednak Mishan nie poprzestaje – nie jest to ekonomiczny traktat poświęcony temu aspektowi współczesnej gospodarki, lecz quasi-filozoficzna rozprawa kwestionująca cały kierunek rozwoju nowożytnego społeczeństwa, wraz z jego światopoglądem, wzorcami kulturowymi, systemem wartości itp.

Edward Mishan wychodzi w swoich rozważaniach od stwierdzenia faktu, że mimo stałej propagandy mówiącej, iż jest coraz lepiej, w rzeczywistości jest coraz gorzej. Tyle tylko, że stale rosnące możliwości manipulacji ludźmi sprawiają, iż większość przekonana jest o faktycznej poprawie sytuacji. Mamy do czynienia ze sprzecznością: gospodarka stale się rozwija, coraz więcej jest wszelkiego rodzaju dóbr, przedmioty i usługi zarezerwowane kiedyś dla nielicznych lub w ogóle niedostępne są dzisiaj w powszechnym użyciu, postęp technologiczny dokonuje się w zadziwiającym tempie, a jednocześnie wiele danych określających sytuację społeczną wskazuje, że kondycja jednostek i zbiorowości jest znacznie gorsza niż bywało w czasach niedoboru wielu produktów, zacofania technologicznego i braku jakiegokolwiek „postępu”. Dowody na to są przeróżne: od stale rosnących wskaźników samobójstw, przestępczości oraz chorób i urazów psychicznych, przez spustoszenia w ekosystemie, zanik więzi międzyludzkich i wielu nieformalnych instytucji społecznych, aż po nastroje frustracji, niezadowolenia, apatii, niezaspokojenia itp. Gospodarka się rozwija, to oczywiste, ale cóż z tego, skoro dokonuje się to kosztem wszystkich pozostałych dziedzin życia, skoro okupione jest dotkliwymi stratami w ekosferze i „socjosferze”, skoro życie jest może i coraz przyjemniejsze na podstawowym poziomie (też nie do końca, o czym za chwilę), za to coraz bardziej puste, jałowe, nijakie.

Mishan mówi wprost: i cóż z tego, że mamy coraz większe i wygodniejsze mieszkania, że w naszych domach coraz więcej gadżetów i urządzeń wyręczających we wszelkich możliwych pracach, że różnorakie choroby stały się uleczalne, że łatwo dostępne są dobra i doznania różnego rodzaju, skoro jednocześnie w wyniku procesów gospodarczych coraz mniej czystego powietrza i wody, ładnego krajobrazu, ciszy za oknem, miłych i przyjaznych sąsiadów, bezpiecznego otoczenia? Ukazuje nam, iż korzyści okupione są stratami znacznie bardziej dotkliwymi, a mimo rosnącej oferty jednych doznań i dóbr stale wzrasta deficyt dóbr i doznań innych. Jego zdaniem, pewne pozytywne zjawiska mają znacznie mniejszą skalę niż zjawiska negatywne. Dochodzi do takich paradoksów, że nawet osiągnięciami rozwoju gospodarczego coraz trudniej się naprawdę cieszyć, bo unicestwiają one same siebie. Przykładowo, nic nam nie daje posiadanie samochodu, gdy chcemy dojechać na wypoczynek w miejscu cichym i spokojnym, bo tysiące innych użytkowników samochodów są tam razem z nami, zamieniając to miejsce w piekło zasmrodzone spalinami, wypełnione hukiem silników, pełne poszkodowanych w wypadkach. Podobnie jest z rozwojem medycyny, któremu towarzyszy stały wzrost zachorowań na choroby cywilizacyjne. Leczymy już bez problemu ospę i zapalenie płuc, ale stale rośnie zachorowalność na raka (choroba niemal nie znana w świecie pozbawionym zdobyczy „postępu”) i AIDS, nie wspominając o takim „drobiazgu”, że na skutek zanieczyszczenia środowiska większość osób cierpi przez całe życie na różne alergie. Mamy dzisiaj przeszczepy różnych narządów, ale siedzący tryb życia, niezdrowe pożywienie, stresy i szybkie tempo egzystencji sprawiają, że obfite żniwo zbierają zawały serca i inne podobne przyczyny zgonów. W ochronie środowiska mamy coraz to surowsze normy i limity, co nie zmienia faktu, że zachowanych w dobrej kondycji obszarów przyrodniczych jest na całym świecie coraz mniej. Istnieje coraz więcej różnych wynalazków i rozwiązań mających zapewnić nam bezpieczeństwo, gdy jednocześnie coraz więcej jest zabójstw, kradzieży, pobić, włamań, a całe obszary stają się „strefą wysokiego ryzyka”. I tak dalej. Nie będziemy ciągnąć tej wyliczanki, choć można to robić praktycznie w nieskończoność. Poprzestaniemy na wynikającym stąd wniosku, że rozwój gospodarczy jest odwrotnie proporcjonalny do dobrej kondycji społeczeństwa. Innymi słowy, im większy i szybszy wzrost gospodarczy, tym gorzej przedstawia się sytuacja w innych dziedzinach życia.

Paradoksalnie, gdyby działały tu zwykłe prawa ekonomii, takie jakie opisane są w liberalnych podręcznikach, to większość zjawisk składających się na całokształt wzrostu gospodarczego powinna zostać zastopowana już dawno. Gdyby bowiem dokładnie policzyć zyski i straty (nie tylko stricte ekonomiczne, choć w wielu przypadkach i one wystarczyłyby w zupełności) związane z wieloma elementami wzrostu gospodarczego, to okazałoby się, iż niedogodności z nimi związane przewyższają otrzymane korzyści. Z kilku powodów tak się jednak nie dzieje. Po pierwsze, wiele tzw. „efektów ubocznych” wzrostu gospodarczego i rozwoju technologii jest trudnych do oszacowania, rozproszonych, dotkliwych dla różnych grup społecznych w różnym stopniu, niełatwych do zdefiniowania i precyzyjnego określenia. Jakimi bowiem wskaźnikami zmierzyć np. utratę satysfakcji płynącej z obcowania z pięknym krajobrazem, albo jak dokładnie policzyć, który z elementów wzrostu i w jakim stopniu przyczynia się najbardziej do wzrostu wandalizmu, agresji i przestępczości? W dodatku nawet te skutki, które można mierzyć dość precyzyjnie, są trudno dostrzegalne gołym okiem, a znają je tylko poważnie zainteresowani zjawiskiem (np. poziom zanieczyszczenia powietrza czy gleby znają naukowcy badający problem, a przeciętny człowiek jedynie w wyjątkowych przypadkach poświęca mu więcej uwagi, nawet i wtedy nie mając dostępu do pełnych danych). Po drugie, wiele z owych niedogodności towarzyszących rozwojowi gospodarczemu zostało zepchnięte na margines świadomości pod wpływem współczesnego sektora propagandowego. Obecnemu modelowi gospodarczemu towarzyszy bowiem intensywne „pranie mózgu” mające przystosować ludzi do zastanej sytuacji, oswoić ich z nią i wyeliminować wszelkie wątpliwości. W efekcie otrzymujemy osoby, dla których ważniejsza jest możliwość kupna nowego modelu samochodu, niż stale rosnąca przestępczość we własnej dzielnicy. Po trzecie i najważniejsze, mamy do czynienia ze swoistym kultem „postępu” i rozwoju, swego rodzaju świecką religią.

Uproszczonemu oglądowi zjawiska (wykładni wiary) towarzyszą funkcjonujące w świadomości pewniki (dogmaty), których zakwestionowanie traktowane jest niczym bluźnierstwo i herezja. Wyznawcy tej religii są ślepi na wszelkie informacje i spostrzeżenia sprzeczne ze światopoglądem, z którym się utożsamiają. Oni w rozwój gospodarczy i jego dobroczynne skutki po prostu wierzą – a z wiarą nie ma żadnej dyskusji w oparciu o fakty. Zatem albo nie są w stanie dostrzec „ciemnych stron” zjawiska, albo je bagatelizują. To drugie przybiera postać przekonania, że nawet jeśli nie wszystkie efekty „postępu” są doskonałe, to wynika to nie z wadliwych i błędnych założeń wyjściowych (np. z przekonania, że rozwój gospodarczy automatycznie przekłada się na lepszą sytuację społeczeństwa), lecz z niedostatecznego... „postępu”. Jednym słowem, nigdy nie przyznają oni, że przesadzono z „rozwojem”, lecz twierdzą, iż tego właśnie „rozwoju” było za mało – i gdy będzie go więcej, wtedy wszystko się polepszy, a ew. niedogodności zostaną wyeliminowane. Chorobę pragną oni wyleczyć jeszcze większymi dawkami trucizny: tak dzieje się, gdy rozmawiając o spustoszeniach ekologicznych słyszymy, że „co technika zniszczyła, to technika naprawi”; gdy wskazując na zakorkowane samochodami ulice i smród spalin słyszymy, że wybuduje się więcej dróg i zastąpi samochody na benzynę elektrycznymi. Taka bezgraniczna wiara w dobrodziejstwa „postępu” przybiera postać zwartego światopoglądu, na którego usługach pozostaje cały sektor informacyjno-propagandowy. Otrzymujemy zatem wciąż potężniejszą dawkę kłamliwych informacji.

Rezultatem są panujące powszechnie opinie i sądy, często przybierające formę groteskową. Mamy więc np. faceta, który spędzając osiem godzin w pracy, dwie na staniu w korkach podczas dojazdu do niej, kolejne dwie poświęcającego w domu na ciągłe douczanie się lub różne kursy, a część czasu wolnego na imprezy organizowane przez firmę, w której pracuje – a jednocześnie będącego święcie przekonanym, że jest znacznie mniej zapracowany niż jakiś „ciemny chłop” sprzed kilkuset lat, który spokojnie wykonywał swoje czynności, odpoczywając kiedy chciał i tak organizując swoją pracę, by mieć czas na inne zajęcia, a dni wolnych na skutek świąt kościelnych miał dwa razy więcej niż wynosi urlop, jaki dzisiaj można otrzymać. Mamy też np. osobę, która po odwiedzeniu dwudziestu miejscowości wypoczynkowych, jednakowych, choć położonych w różnych krajach, jest przekonana, że doznała więcej wrażeń niż człowiek, którego życie toczyło się w rodzinnej miejscowości i okolicznych osadach. I tak dalej. Dogmatyzm tej wiary i konformizm jej wyznawców są ogromne – i dlatego nie sposób dokonać istotnych zmian w istniejącym systemie. Opiera się on na powszechnej akceptacji oraz stałym podtrzymywaniu tego stanu rzeczy przez potężne grupy interesu, które z rozwoju gospodarczego czerpią wielkie korzyści. W dodatku zaś, jak przystało na porządny kult, mamy tu do czynienia z iście prometejskimi ambicjami – wielu zwolenników ciągłego wzrostu jest przekonanych, iż stanowi on jedyne lekarstwo na mnóstwo bolączek tego świata: umożliwi nakarmienie głodnych, wzbogacenie ubogich, wykształcenie ciemnych itd. według prostackiej, redukcjonistycznej – ograniczonej do jednego procesu (likwidacji kapitalizmu, zniesienia państwa, wykorzenienia patriarchatu, pozbycia się „gorszych” ras itp., co kto woli) - recepty na powszechne szczęście. Oczywiście nawet i na tym gruncie łatwo takie twierdzenia obalić, bo mimo ciągłego wzrostu nie zmniejsza się liczba głodnych, biednych, chorych itp., gdyż dzisiaj problemem nie jest wytworzenie większej ilości dóbr, lecz ich sprawiedliwy podział Na przykład żywności produkuje się tyle, że starczyłoby do wykarmienia 8-9 miliardów ludzi, a mimo to spośród 6 miliardów żyjących na Ziemi istot ludzkich około 1-2 miliardy mają kłopoty z otrzymaniem odpowiedniej dawki wartościowego pokarmu, widzimy zatem, że w tej dziedzinie wzrost jest już za duży, a i tak w niczym nie poprawia to sytuacji. Zatem, biorąc to wszystko pod uwagę, nawet jeśli pojawią się osoby kwestionujące sens istniejących rozwiązań (dostrzegające faktyczne następstwa owego „rozwoju”, który powinien nosić nazwę regresu, oraz odczuwające skutki wzrostu gospodarczego na tyle dotkliwie, że nie da się ich zagłuszyć rosnącym strumieniem tandetnych gadżetów), to nie mają one wielkich szans na zmianę sytuacji. Proszę sobie tylko wyobrazić np. kandydata na prezydenta, który głosiłby, że należy zmniejszyć tempo rozwoju gospodarczego o połowę, obciąć płace, zamknąć część przedsiębiorstw, zlikwidować wiele z tzw. nowoczesnych rozwiązań, a jakość życia mierzyć nie za pomocą wzrostu PKB, lecz np. czystszym powietrzem, ożywionym życiem wspólnot lokalnych, ciszą i spokojem, wielkością naturalnych obszarów przyrodniczych, lepszym samopoczuciem itp. Wiadomo, że w dzisiejszych realiach ktoś taki nie tylko, że zostałby przez większość uznany za szaleńca, to w dodatku nie miałby żadnych szans na wygranie wyborów, bo potężne lobby będące beneficjentami wzrostu zrobiłoby wszystko, by wyeliminować z gry takiego człowieka, gdyby tylko jakimś cudem pewne poparcie zyskał.

Tymczasem efekty tej bezmyślnej wiary są zatrważające. Wspominaliśmy już o stale postępującej degradacji środowiska i rosnącym zasięgu patologii społecznych, które sprawiają, że życie staje się coraz bardziej skomplikowane i niebezpieczne. A to dopiero przedsmak tego, co prawdopodobnie nas czeka. Takie zjawiska, jak zakaz opuszczania domów na skutek smogu w japońskich miastach, czy istnienie całych dzielnic w miastach amerykańskich, którymi rządzą watahy uzbrojonych bandziorów, staną się prędzej czy później udziałem znacznie większych społeczności jeśli kierunek rozwoju gospodarczego i towarzyszących mu trendów społecznych nie ulegnie zmianie. Zobaczymy wtedy jak wiele „wolności” i „przyjemności” dają nam nowe wynalazki i zdobycze „postępu”. Zobaczymy również jak niewielki wpływ mamy na całą sytuację. Wyczerpane będą źródła surowców, życie miliardów ludzi będzie powiązane z kręcącymi się bez przerwy kołami „wzrostowej” maszynerii, otaczać nas będą szczelnie „zdobycze cywilizacyjne”, my sami zaś zatracimy do reszty samodzielność i umiejętność kształtowania swojego życia poza takim układem (wystarczy sobie wyobrazić np. trwałą awarię wodociągów w mieście pokroju Warszawy – ilu mieszkańców wie, gdzie w okolicy są źródła czystej wody i jak z nich korzystać na masową skalę, by nie wyschły?). Wtedy okaże się, że zamiast szumnie obwieszczanej wolności mamy wyłącznie zniewolenie i to na niespotykaną dotąd skalę. Będzie to bowiem nie tylko zniewolenie oparte na dominacji potężnych sił podtrzymujących tę sytuację, ale i na mentalnym i fizycznym przystosowaniu do takich warunków życia (współczesny człowiek jest po prostu kaleką: zostawiony w środku lasu umarłby w nocy ze strachu, a nawet jeśli nie, to po kilku tygodniach pobytu tam umarłby z głodu, nie mając pojęcia jak sobie poradzić, nie będąc też fizycznie zdolnym do tego), oraz na zniszczeniu wszelkich możliwości alternatywnych (choćby zatrucie środowiska, wyeksploatowanie zasobów naturalnych, wyjałowienie gleby, zabetonowanie i zaasfaltowanie czego się da).

W dodatku, co Mishan ukazuje bardzo trafnie, następstwem panującej w dzisiejszym świecie wolności opartej na egoizmie i braku odpowiedzialności oraz „robieniu co chceta” podsycanym przez specjalistów od kreowania większej konsumpcji, stanie się prędzej czy później straszliwa dyktatura. Tylko wyjątkowo naiwni lub głupi mogą sobie bowiem wyobrażać, że możliwe jest społeczeństwo funkcjonujące sprawnie w oparciu o swobodne wybory jednostek nie biorące pod uwagę dobra wspólnego, o brak jakiegokolwiek trwałego systemu wartości, o ciągłą „pluralizację” postaw i zachowań. W rzeczywistości – a nie w utopijnych mrzonkach – takie społeczeństwo będzie chaotyczną magmą, wstrząsaną wciąż konfliktami i walkami podjazdowymi, które będą przybierać niejednokrotnie postać regularnych wojen. W końcu, w odruchu samozachowawczym, ludzie spragnieni choć odrobiny spokoju, poprą każdego, kto zaoferuje im ład i porządek, nawet jeśli będzie to psychopatyczny miłośnik trzymania wszystkich za mordę. Niezależnie czy będzie to stale rozrastające się państwo, czy mafia, czy też lokalny watażka, zamiast wolności skończy się na zamordyzmie, tym większym, im bardziej zaawansowane będą techniczne środki kontroli. I taki właśnie będzie ostateczny efekt ciągłego „wyzwalania” ludzi z tradycji, etosu własnej grupy etnicznej, płci, wspólnoty wyznaniowej (to wszystko odbywa się albo wprost w imię wzrostu gospodarczego, albo jest jego skutkiem ubocznym): totalny zamordyzm obejmujący wszystkich tych uprzednio „wyzwolonych”, nie hamowany w dodatku żadnymi względami etycznymi i moralnymi, oparty o nagą przemoc i daleko posuniętą inżynierię społeczną.

Mishan nie ma wielkich złudzeń co do możliwości zahamowania takich tendencji. Jego książka napisana jest z pozycji konserwatywnych: dzisiejszemu światu z jego chorobliwym dążeniem do „wzrostu gospodarczego” i „postępu technicznego”, przeciwstawia świat dawny, tradycyjny, pełen ograniczeń, ale i satysfakcjonujących przeżyć i zadowolenia z własnego losu. Nie ma jednak nadziei na jego restaurację, gdyż pewne zjawiska i procesy zaszły zbyt daleko –nie można, gdy już się dorosło, zostać znowu dzieckiem. Tamten świat nie wróci, nie ma też wielkich widoków na przywrócenie choć części dawnych wartości w nowych realiach, na wypośrodkowanie starego i nowego i stworzenie z nich całości mogącej usatysfakcjonować odmienne środowiska, wytworzyć platformę umożliwiającą życie obok siebie. Mishan pisał swoją książkę w okresie, gdy wielu obserwatorów upatrywało nadziei na odrzucenie dzisiejszego systemu w młodzieżowej kontestacji lat 60. Tymczasem, jak przystało na autora przenikliwego, pisał, że jest ona doskonale dopasowana do istniejących realiów i mieści się całkowicie w logice samego systemu, a wartości kontestatorów nie różnią się w swych podstawowych założeniach od wartości establishmentu. Gdy inni zachwycali się hippisami jako odrzucającymi rzekomo świat wydajności, produkcji i gromadzenia dóbr, on widział w nich takich samych wychowanków epoki wzrostu i hedonizmu, jak stateczni mieszczanie z klasy średniej. Cóż, po latach nie sposób nie przyznać mu racji. Z młodzieżowego „buntu” zostały naiwne i żałosne mitologie, doskonałe wpasowanie się w system (w rodzaju karier w świecie biznesu czy polityki, vide Joschka Fischer – kiedyś wojowniczy lewak, dzisiaj skretyniały przydupas wielkiego biznesu i posłuszny wykonawca poleceń NATO), stworzenie nowego, niezwykle chłonnego rynku na „wolnościowe” produkty (muzyczka, ciuszki, dragi, pornografia etc.), a dla co bardziej „radykalnych” nieszkodliwe eskapizmy w postaci „miejskiego szamanizmu” spod znaku eskalacji doznań, które pozostałej części społeczeństwa są póki co wydzielane po trochu. Niczego więcej nie można się spodziewać po kolejnych falach protestów – nie kwestionują one bowiem tego, co leży zdaniem Mishana u samych podstaw dzisiejszych bolączek: zrodzonego w epoce nowożytnej kultu „postępu”, wiary w bezgraniczną moc człowieka, egoizmu, zanegowania szacunku dla sprawdzonych rozwiązań i fiksacji na punkcie „nowości”. Wydaje się, że ma on rację: poza rozproszonymi jednostkami, czasem zadającymi temu porządkowi pewne rany (jak Unabomber), nie ma sił naprawdę opozycyjnych wobec status quo, są tylko jego mniej lub bardziej wierni fani, czasem pozwalający sobie – w przypływie odwagi - skrytykować ten i ów aspekt funkcjonowania całości, częściej zaś zamiast przeciwnikami Systemu będącymi jego awangardą, domagając się tego, co prędzej czy później zostanie wprowadzone państwowym dekretem lub mechanizmami rynku (tak jest z legalizacją narkotyków, aborcją, eutanazją, prawami mniejszości seksualnych itp.).

Autor kończy swą książkę pesymistycznymi stwierdzeniami. Daje nam do zrozumienia, że siły przeciwników wzrostu gospodarczego i niehamowanego postępu technologicznego są mizerne w porównaniu z potęgą istniejących rozwiązań. Wspomina co prawda o pewnych możliwościach przyhamowania takich tendencji, ale łatwo wyczuwalne jest, iż nie wierzy w to zbyt mocno. Nawet jednak i to byłoby jedynie oddaleniem w czasie pewnych zjawisk. Ten pesymizm autora można jednak rozpatrywać z zupełnie innej strony – jest on jednocześnie optymizmem, gdyż brak realnych szans na zmianę tego porządku oznacza, iż szybszy będzie jego upadek. I ta właśnie katastrofa, która wydarzy się być może dopiero za kilkaset lat, będzie prawdopodobnie jednocześnie początkiem odrodzenia normalnego świata, choć zapewne innego z wielu przyczyn niż tamten, który istniał przed erą wzrostu gospodarczego. To są już jednak rozważania wykraczające poza tematykę książki, dlatego nie będziemy tego wątku rozwijać. Zaletą „Sporu o wzrost gospodarczy” jest przede wszystkim ukazanie „ciemnych stron” rozwoju gospodarczego i technologicznego oraz obnażenie miałkości argumentów zwolenników takiej polityki. Lata jakie upłynęły od napisania książki potwierdziły – niestety – słuszność ogólnych spostrzeżeń jej autora, a drobne pomyłki na gruncie prognostyki dają się w pełni usprawiedliwić złożonością problemu, który został w niniejszej pracy poddany analizie. To wszystko czyni z książki lekturę obowiązkową dla wszystkich, którzy nie tylko pragną zrozumieć dzisiejszą sytuację, ale i w taki czy inny sposób się jej przeciwstawić – nie zadowalając się przy tym wykrzykiwaniem banalnych sloganów przeciw globalizacji czy jakimś innym modnym aktualnie „wrogom ludzkości”.


   Remigiusz Okraska


  * choć nie tylko, bo należy pamiętać, że w Polsce koncepcje stałego wzrostu gospodarczego spotkały się z krytyką już w latach międzywojnia ze strony prawicowych radykałów, proponujących zahamowanie wzrostu


<< powrót