Nowe plemiona Ameryki (cz. I przeszłość)


Amerykański anarchizm reprezentuje bardzo szerokie spektrum: od anarchosyndykalistycznej i anarchokomunistycznej lewicy przez reformistyczne centrum w postaci „wolnościowych municypalistów” po anarchokapitalistyczną libertariańską prawicę a nawet anarchokonserwatywną ultraprawicę (Posse Comitatus). Ale znajdziemy tam też grupy, które w ogóle nie mieszczą się w tym schemacie.

Podłoże stanowiła specyficznie amerykańska tradycja indywidualistyczna wyrażana przez takich myslicieli jak Henry David Thoreau, Lysander Spooner, Benjamin Tucker czy – z zastrzeżeniami – Josiah Warren (ponieważ ramy tego artykułu nie pozwalają przedstawić ich poglądów, odsyłam do znakomitej książki Tomasza Żyro „Boża Plantacja”). Przetworzona została ona jednak przez kontrkulturę lat 60., inspirowaną przez importowany z Europy dadaizm i sytuacjonizm.

Już w 1958 r. Kerry Thornley i Georgy Hill pod wpływem dadaizmu wymyślili „jedyną prawdziwą religię” – dyskordianizm. Początkowo była to tylko zabawa w kult bogini chaosu i niezgody (greckiej Eris, rzymskiej Discordii), traktowanej jako antyteza czczonego przez oficjalne religie męskiego Boga ładu. Stopniowo jednak w dyskordianizm włączały się kolejne osoby: Robert Shea, Camden Benares, Judith Abrahms, dr Robert Newport... Dyskordianizm obrastał swoistą „ateologią”, którą w 1965 r. Hill (pod pseudonimem Malaklyps Młodszy) skodyfikował w książce „Principia Discordia, czyli Jak odnalazłem Boginię i co jej zrobiłem, kiedy ją odnalazłem”. Była to nie tylko parodia religii (np. dyskordiańskie święto 23 listopada w rocznicę urodzin Harpo Marxa) i jej dogmatów, ale też swoista filozofia poddająca w wątpliwość całą rzeczywistość.

Filozofia ta miała swój wymiar polityczny, nazywany „marksizmem-lennonizmem” (od braci Marx i Johna Lennona). Sprowadzał się on do zakwestionowania wszystkich instytucji i norm społecznych. Dyskordianie byli zgodni, że wszelka przemoc – zarówno ze strony państwa, jak i rewolucjonistów – jest z gruntu zła, a żadna ugrupowania z prawicy czy lewicy nie zmienią społeczeństwa. Najbliżsi wszakże byli libertarianizmowi, opowiadając się za wolnym rynkiem, czyli „organizacją społeczeństwa, w której wszelkie transakcje ekonomiczne są wynikiem wolnego wyboru i nie podlegają środkom przymusu” (Thornley wydawał nawet w latach 60. pismo „New Libertarian”). I jeszcze jedna cecha dyskordianizmu: zainteresowanie teoriami spiskowymi, które przywiodło Thornleya do wniosku, że za zabójstwo Kennedy’ego odpowiada konspiracja bawarskich iluminatów.

Wszystkie te watki w charakterystycznym prześmiewczym i psychodelicznym stylu ujęli Robert Shea i Anton Wilson w trylogii „Illuminatus!”, która w 1975 r. stała się kultową powieścią hippiesów. Jej popularności zawdzięczać należy obfitość dyskordiańskich grup w cyberprzestrzeni: Discordian Society, Alfredian Discordians for the Propagation of Discordianism czy Bavarian Illuminati Motorcycle & Conspiracy... (spośród mnóstwa stron dyskordiańskich polecić można http://jubal.westnet.com/hyperdiscordia)

W drugiej połowie lat 60. takie ugrupowania – traktowane już jak najbardziej poważnie – rozmnożyły się nadzwyczajnie. Kontrkulturyści wierzą w bliskość Ery Wodnika lub Rewolucji Światowej (albo obu naraz). Ich ideologia to mieszanka marksistowskiej frazeologii, dalekowschodniego mistycyzmu i bardzo praktycznego, hedonistycznego anarchizmu. Jedna tylko radykalna organizacja lewicowa – Studenci na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa – liczyła ok. 100 tys. członków. Tzw. „prasę podziemną” tworzyło 500 regularnych pism i tysiące efemeryd o łącznym nakładzie (tygodniowo!) 2 milionów egzemplarzy, dysponuje ona własną agencją prasową (Liberation News Service) i korporacją zawodową (Underground Press Syndicate).

Diggersi (Kopacze – nazwa zapożyczona od komunistycznej sekty w XVII-wiecznej Anglii) zajmowali się organizacją życia codziennego w „magicznym mieście” hippiesów Haight-Ashbury. Chcieli stworzyć alternatywne społeczeństwo głosząc: „Każdy brat może mieć to, czego potrzebuje, robiąc swoje. (...) Służba społeczna powinna funkcjonować w ścisłym kręgu przyjaciół. Praca według zdolności i dla idei będzie wykonywana z entuzjazmem, gdyż nie podlega presji ekonomicznej”. Jak pisze Aldona Jawłowska: „Gdy odeszli z Wolnego Miasta San Francisco, komuna została zdominowana przez narkomanów i przestępców”.

Czarne Maski próbowały przeszczepić na amerykański grunt idee dadaizmu, futuryzmu i sytuacjonizmu: z systemem należy walczyć niszcząc oficjalną kulturę, która utrwala w społecznej świadomości przekonanie o jej oczywistości. Pisali: „Nowy duch nadchodzi! (...) Atakujemy waszych Bogów! Śpiewamy o waszej śmierci! Burzymy muzea! (...) Do diabła z waszą kulturą, nauką, sztuką! Jakim celom ona służy?! (...) Przemysłowcy, bankierzy, burżuazja z jej nieskończoną pretensjonalnością i wulgarnością kontynuuje piękne tradycje kolekcjonowania sztuki, jednocześnie wykrwawiając ludzkość”.

Bezpośrednio te hasła próbowały wcielić w życie nieco później Wilkołaki (Werewolf Conspiracy), określające się jako „gang uliczny siejący terror wśród amerykańskich liberałów”. Wilkołaki podejmowały akcje terrorystyczne atakując odczyty i wykłady, galerie sztuki i muzea. „Akt destrukcji- aktem wyzwolenia!” – głosiły – „Celem naszym siać strach, strach przed nieznanym”. Co charakterystyczne – grupa ostro odcinała się od amerykańskiej lewicy łącznie z maoistowską PLP czy trockistowskim YSA.

Podobny charakter – na pograniczu kontrkulturowej prowokacji i rewolucyjnej retoryki – miały Białe Pantery. Ugrupowanie to utworzone zostało w 1968 r. w Detroit przez Johna Sinclaira i muzyków z grupy MC5 (którzy jednak wkrótce zostali wykluczeni za gwiazdorskie gesty w rodzaju żądania sportowych samochodów). Wzorując się na Czarnych Panterach (hasło „Power to the People!”) odrzucali hippiesowski pacyfizm i w rezultacie najbardziej aktywni działacze musieli zejść do podziemia. Z Białymi Panterami miał być powiązany też osławiony „nazi-hippies” Charles Manson, którego sekta („Rodzina”) dokonała w 1969 r. serii morderstw w Los Angeles.

Najsłynniejsza wszakże formacją tego rodzaju była „partia hippiesów” – Youth International Party (Międzynarodowa Partia Młodzieży). YIP również powstała w 1968 r. , wśród jej założycieli znaleźli się Abbie Hoffman (autor książki „Rewolucja dla draki”), Jerry Rubin, Marshall Bloom, Paul Krassner i Allen Ginsberg. W swym manifeście napisali m.in.: „Jesteśmy Nowym Narodem. Wierzymy w życie. (...)Ameryka to martwa maszyna. (...) Ameryka wypowiedziała wojnę Nowemu Narodowi. Będziemy bronić się i tworzyć Nowy naród. (...) Nie możemy robić tego, czego od nas oczekują, ponieważ życie naszego Narodu oparte jest na kooperacji, nie na współzawodnictwie.”

Ruch yippies był zarówno wynikiem upolitycznienia części hippiesów jak i upowszechnienia się kontrkultury w środowisku lewicowych aktywistów studenckich. Jego działalność była jednak krótka. Punktem kulminacyjnym był Festiwal Życia, zorganizowany latem 1968 r. w Chicago na znak protestu przeciw konwencji Partii Demokratycznej i zakończony krwawymi rozruchami. Ale już rok później na festiwalu Woodstock Pete Townshend z The Who zepchnął z estrady Hoffmana, gdy ten usiłował przemawiać. Hippiesi wrócili do praktykowania nirwany a większość przywódców YIP przeszła na pozycje konformistyczne (np. Rubin został konsultantem ds. zarządzania, Rennie Davis zajął się sprzedażą polis ubezpieczeniowych itd.). W 1975 roku rozpadają się Liberation News Service i Underground Press Syndicate.

Pokłosiem epoki kontestacji było m.in. pismo „Fifth Estate”, założone w Detroit w listopadzie 1965 r. przez 17-letniego wtedy Harveya Ovshinsky’e (a nazwane od kafejki, w której bywał na Sunset Street). Nowy dwutygodnik miał charakter kontrkulturowy: „Zawartość wczesnych numerów pisma była mieszanką artykułów o psychodelicznych narkotykach, ruchach antywojennych, rock-and-rollu, kulturze alternatywnej i wszystkim, co było antyautorytarne” – wspomina j z weteranów. Wyrazem zbieżności z ówczesną Nową Lewicą były np. wizyty członków grupy w Wietnamie Północnym i na Kubie.

A początku lat 70. pismo – jak cała kontrkultura – popada w kryzys: ludzie odchodzą do rodzin, religijnych guru, wiejskich komun, leninowskich frakcji (Ovshinsky odszedł już w 1969 r. nie mogąc się pogodzić z hurrarewolucyjnym ferworem). Najpierw „FE” podejmuje próbę współpracy z trockistowską grupą International Socialist, potem próbuje się skomercjalizować (np. drukując ogłoszenia kin porno). Wobec groźby zamknięcia pisma wracają dawni współpracownicy (tworząc m.in. tzw. Eat the Rich Gang) i przekształcają „FE” w ambitny miesięcznik.

Nowy „Fifth Estate” rozlicza się ze świętościami lewicy, kontestując wszystkie jej tabu. W 1974 r. Eat the Rich Gang organizuje happening wydając książkę kucharską z potrawami takimi jak zupa z roztartych księży. Zdegustowani lewicowcy krytykują tą inicjatywę, co prowadzi do znamiennej polemiki. „Socjalizm odnosi się do pracy” – powiedział jeden z marksistów. „Moim zdaniem dotyczy ekstazy” – brzmiała replika. Ludzie z kręgu „FE” nawiązywali do poglądów takich teoretyków jak Fredy Perlman, Jacques Camatte, Jean Baudrillard, Wilhelm Reich czy sytuacjoniści ale byli zaskoczeni, gdy latem 1975 r. University of Michigan zaklasyfikował ich jako pismo anarchistyczne. Nie pozostało nic innego jak nawiązać kontakty z niedobitkami starych anarchistów z lat 30. W 1980 r. „FE” formułuje już swe nowe wyznanie wiary: „All ism are was-ism” („Wszystkie izmy są było-izmami” – innymi słowy: wszystkie ideologie są anachronizmem). Krytyka autorytaryzmu ograniczająca się do napiętnowania represyjności kapitalizmu czy państwa nie rozpoznaje głębszych korzeni ucisku ludzkiego ducha i biosfery, które tkwią w samym rdzeniu cywilizacji. Prawdziwy ruch wolnościowy musi być więc antytechnologiczny i antycywilizacyjny.

... Na pewno ciekawie byłoby pociągnąć dalszą historię nadal ukazującego się pisma „Fifth Estate”. Niestety, gdy poprosiłem Petera Werba o przysłanie mi drugiej części historii pisma (pierwsza – do 1980 r. – ukazała się w 1993 r.) odpisał mi, że wciąż jeszcze nie została napisana.

Mimo to c.d.n.


  Jarosław Tomasiewicz


<< powrót