Maska anarchii


Kiedyś zasnąłem w Italii

I od strony morza przemówił do mnie głos

Z wielką siłą popychając mnie

Bym poszedł w kierunku wizji, jakie przynosi Poezja.


Idąc tą drogą spotkałem Morderstwo

Na twarzy miało maskę jak Castlereaght

Wyglądało dostojnie, choć ponuro;

Siedem psów biegło za nim;


Wszystkie spasione, zadowolone były

Ze swego losu,

Albowiem każdy do pożarcia dostawał

Po jednym, po dwa ludzkie serca,

Które Morderstwo, zza szerokiego płaszcza wyciągało.


Następne szło Oszustwo, na sobie,

Podobnie jak Eldona, miało płaszcz z gronostajów;

Wielkie łzy, które roniło, a płakało rzewnie,

Spadając zamieniały się w młyńskie kamienie.


A małe dzieci, które

Bawiły się wokół jego nóg,

Myśląc, że każda łza to diament

Pozwalały rozbijać swoje mózgi.


Dzierżąca Biblię, jakby świecę niosła

Pośród cieni nocy

Podobna do Sidmoutha, następna była Hipokryzja

Dosiadająca krokodyla.


I wiele jeszcze Zniszczeń

Brało udział w tej ohydnej maskaradzie,

Wszystkie przystrojone, aż po oczy przystrojone

Podobnie do biskupów, prawników, parów, szpiegów.


Ostatnia przybyła Anarchia, jadąc

Na białym koniu pomazanym krwią;

Blada były, nawet usta miała blade

Jak Śmierć w Apokalipsie.


Głowę przykrywała jej korona króla;

W ręce berło lśniło;

Na jej czole napis widniał –

JESTEM BOGIEM, KRÓLEM, PRAWEM!



   Percy Bysshe Shelley

  przekład: Piotr Madej


<< powrót