Edward Said


Przyjaciel zapytał mnie, ile lat miał Edward Said, kiedy umarł. Chwilę pomyślałem, policzyłem i odparłem: „67 lat, kilka miesięcy więcej niż ja miałem”. Uświadomiłem sobie nagle przedziwne sformułowanie. „Niż ja mam”. Oba czasy są oczywiście na miejscu. Ciągle mam 67 lat, lecz kawałek mnie to przeszłość.

Nie lubię używać określenia “nie do zniesienia”, ponieważ jestem świadomy, że zbyt wiele ludzi boryka się na co dzień z tym, co zdaje się być trudnościami nie do zniesienia. Lecz wówczas, 25 września, kiedy to Edward ostatecznie poddał się męczącej go od lat chorobie, określenie to ciągle kołatało mi się w głowie i nie mogłem się go pozbyć. To, co wówczas powiedziałem, co wszyscy mówiliśmy to, że trudno uwierzyć, że ten człowiek tak pełen życia nie jest już z nami, że świat tak bardzo potrzebuje jego odwagi i przykładu, że odczuwamy wielką pustkę w naszym życiu, lecz tym, co ciągle po mojej głowie chodziło, niczym pełna desperacji przemowa, czy też modlitwa ateisty, to słowa: „to jest nie do zniesienia”. Oczywiście nie było to nie do zniesienia, bo jakkolwiek ciężko zniosłem to. To nie jest najgorsze, jeśli jak u Szekspira można powiedzieć to jest najgorsze. Lecz rzecz może się mieć całkiem źle, nawet jeśli nie jest tym, co najgorsze.

Moje uczucia jednak znaczą jednak niewiele w porównaniu z tym, jaką dla świata jest jego utrata. Świat. Jedno z jego ulubionych słów, a użyłem już go dwa razy. Pisał, że współczesna krytyka literacka jest zbyt „bezświatowa”, przez co rozumiał niewrażliwość na okoliczności, wyciskające swe piętno na tekstach, pisarzach, czytelnikach. „Twierdzę – powiadał – że światowość nie przychodzi i nie odchodzi, ani też nie jest […] eufemizmem […] na określenie niemożliwie niejasnego pojęcia, że wszystkie rzeczy dzieją się w czasie”. Wszystkie rzeczy dzieją się w konkretnym, pełnym strachu świecie i Edwarda arcydzieło Orientalizm pokazywało szczegółowo, jak ów świat jest tworzony i zamieszkiwany – kto jest jego właścicielem i kogo ten świat trawestuje i wyklucza. Edward jednak, jak się często podejrzewa, nie upolityczniał wszystkiego, i chociaż z trudem mu przychodziło tolerowanie głupców, tak samo zależało mu na ochronie sfery kultury przed polityką, jak często przypominał, że większość ludzi powiadających, że kultura winna być wolna od polityki, ma na myśli tylko ten rodzaj polityki, którego nie lubią. Zawsze poruszało mnie jego często powtarzane (i jak sądzę uromantycznione) stwierdzenie, że amerykański uniwersytet jest „ostatnią istniejącą utopią”. Jego książki są pełne wyrazów uznania, odwołań oraz podziękowań dla różnego rodzaju naukowców, swoistej tekstualnej wspólnoty poznawczej. Być może dowolnie kojarzę tę bezpieczną przestrzeń rozmowy i nauki z akcentem, jaki kładł na cenną samotność doświadczania sztuki. Powiadał o Brahmsie, że ten „odkrył siebie wówczas, gdy dotarł do nieokreślonego, niewyrażalnego aspektu swej muzyki, który przenosi się wewnątrz każdego kto, słucha, gra lub myśli o muzyce”. Owa muzyka, jak i owa utopia nie są niezgodne ze światowością; są nagrodą za szacunek dla świata i są obrazem świata szacunku.

Pierwsza książka Edwarda Joseph Conrad and the Fiction of Autobiography (1966) rozwijała ideę, że stawanie się pisarzem jest raczej projektem niż zawodem, że oznacza ono oddanie się serii dzieł, które w ostateczności określają to, kim jesteś. W swojej drugiej książce Beginnings (1975) zgłębiając arcydzieła Modernizmu argumentował, że początek jest różny (i bardziej pożądany) od źródła, ponieważ początek może stać się przedmiotem wyboru, zaś źródło jedynie przedmiotem uznania. „Początek – pisał – metodologicznie łączy praktyczną potrzebę z teorią, intencję z metodą”. Odnotujmy element dzieła i praktyki w obu przypadkach, jak i w Orientalizmie, jego trzeciej książce, w której przyglądał się kulturze w jej określonym, gęstym przypadku: „odkryciu” Wschodu przez Zachód, procesowi, który przypomina wiele innych, w których „my” określamy „ich” i nakłaniamy do tego, aby odpowiadali naszej definicji. Długi czas nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego Edward nie mówił więcej o rzeczywistych ludziach, żyjących na tzw. Wschodzie, później zrozumiałem, że była to kwestia skrupułów, a nawet pewnej trudności. Mógł wskazać na rozdźwięk miedzy życiem owych ludzi a tym, co było przez orientalistów z niego wytwarzane, lecz nie mógł zrobić kroku do przodu i mówić w imieniu tych bez głosu nie stając się jednocześnie orientalistą.

W książce The World, the text and the Critics (1983), w której zawarte były dwa intensywnie dyskutowane eseje „Travelling Theory” i „Criticism between Culture and System” twierdził, iż „jasno widać, że nie ma substytutu dla dobrej lektury” i że „krytyka nie może zakładać, że do jej kompetencji przynależy jedynie tekst, nawet jeśli jest to pod względem literackim wielki tekst”. W międzyczasie zaczął pisać swoje bardziej politycznie zaangażowane i polemiczne książki, jako pierwsze: The Question of Palestine (1979), Covering Islam (1981). Książka After the Last Sky (1986; pol. wyd. Za ostatnim niebem. Palestyńczycy, 2002) napisana wspólnie z fotografem Jean Mohr jest nadzwyczajną medytacją nad palestyńską tożsamością. I to z niej pochodzi zapadające głęboko w pamięć stwierdzenie na temat narodowego zwyczaju:

„Jesteśmy ludźmi przesłań i znaków, aluzji i pośrednich ekspresji. Poszukujemy się nawzajem, lecz ponieważ nasze wnętrze zawsze jest do pewnego stopnia zawłaszczone i zakłócane przez innych – Izraelczyków i Arabów – rozwinęliśmy umiejętność mówienia poprzez to, co dane, wyrażając rzecz niejasno i, jeśli o mnie chodzi, tak tajemniczo aby i dla siebie stanowić zagadkę”.

W 1991 roku Edward opublikował Musical Elaborations, mroczny lecz pełen miłości opis procesu rozwoju muzyki od Beethovena, z której to książki pochodzi wcześniejszy cytat. Culture and Imperialism (1993) jest książką podejmującą ten sam temat co Orientalizm, lecz zwiększająca zasięg podejmowanych tematów, kładącą nacisk na trwałość imperium, a jednak ciągle ostrożną, nie mówiącą za pozbawionych głosu tubylców, badając jednocześnie wzrastającą wciąż liczbę możliwości elokwentnego wypowiadania się przez nich. Nowe książki wciąż się pojawiały. Zbiór politycznych szkiców Peace and Its Discontents (1995). Wspomnienia Out of Place (1999). Zbiór tym razem szkiców poświęconych głównie krytyce literackiej Reflections on Exile (2000). Zbiór 50 krótkich tekstów, których część pojawiła się na łamach London Review of Books, napisanych po rozmowach pokojowych w Oslo The End of the Peace Process (2000). Mała książeczka o „nierozwiązanym poczuciu tożsamości” Freuda zatytułowana Freud and the Non-European (2003). „Tożsamość – czytamy tam – nie może myśleć, ani wypracować się sama przez się; nie może konstytuować, ani nawet wyobrazić siebie bez pewnego źródłowego pęknięcia, czy skazy, które nie będą tłumione”. Tłem tego stwierdzenia jest przypomnienie nam przez Freuda faktu, że Mojżesz był Egipcjaninem.

Edward nie był typowym intelektualistą, uparcie twierdził, że jednym z najważniejszych momentów jego życia było spotkanie z Cydem Charissem. Z pewnością uwielbiał filmy i wiedział na ich temat sporo. Errol Flyn był szczególnym bohaterem. Jednak jego gusta były nadzwyczaj tradycyjne i klasyczne. Niezwykle bawiło wielu z nas obrzydzenie, jakie odczuwał na myśl o tym, że jego córka Najla brała udział w uniwersyteckich kursach poświęconych trendom we współczesnej kulturze popularnej. Jego syn Wadie zwykł żartować, że Edward nie ma „typowych dla niebieskich kołnierzyków rozrywek”, mając na myśli to, iż nie przesiaduje w podkoszulku pijąc piwo i oglądając amerykańskiego futbolu w telewizji. W rzeczywistości Edward pił jednak piwo i oglądał amerykański futbol. Jednak trudno sobie wyobrazić, aby przesiadywał w samym podkoszulku.

Wspomnienia. Dzieci, nasze i Edwarda, biegające tam i z powrotem korytarzem, wówczas gdy mieszkaliśmy w tym samy budynku w Nowym Jorku. Fortepian w salonie, duch Brahmsa w powietrzu, nawet jeśli nic nie było słychać. Owe dźwięki zbyt jednak pełne spokoju. Edward był demonicznym graczem w tenisa i czasami myślę, że grał na fortepianie tak jak w tenisa, aby wygrać. Miejsce pracy Edwarda pełne fajek i wiecznych piór, coś jak samotnia literata w starym stylu. Tak, był on literatem w starym stylu. Zapracowane, pełne pasji dni w tym samym budynku, kiedy jak gdyby Cyrus Vance mógł zrobić coś dla Palestyńczyków. Składające wizytę intelektualne gwiazdy, często z Francji, po królewsku przyjmowane przez Edwarda i Mariam. W rzeczy samej zawsze bawiliśmy (i bawimy się) po królewsku u Saidów. Nawet drobna przekąska w ich mieszkaniu mogłaby gdzie indziej być postrzegana jako bankiet. Anglia, w drodze na przyjęcie Edward i przyjaciele wspominający psoty z dni szkolnych w Egipcie, skręcający się ze śmiechu – obraz szczęścia dawnych dni, które nie stoi w sprzeczności, lecz uzupełnia smutek szkoły opisany w książce Out of Place.

W stercie starych papierów odnalazłem artykuł opisujący Edwarda jako profesora terroru. To oskarżenie zawsze było groteskowo fałszywe, a i teraz zdaje się tracić na popularności, biorąc pod uwagę wyrazy szacunku, jakie w końcu Edward zaczął otrzymywać nawet od (wielu ze) swych wrogów. A miał wrogów po każdej stronie: w pewnym momencie jego książki zakazane były przez palestyńskie władze, ponieważ jak to ujął „śmiał wypowiadać się przeciwko naszemu własnemu Papie”. Echa starych uporczywych oskarżeń, przewijały się w nekrologu zamieszczonym w New York Timesie, który był pełen przeprosin za to, że w ogóle został zamieszczony, jakby samo wspomnienie nazwiska Edwarda było aktem opowiedzenia się po jakiejś stronie.

Edward był pod wielkim wrażeniem dokonanego przez Adorna opisu nowoczesnej sztuki jako „przesłania rozpaczy, które przetrwała katastrofę”. Jednak Edward wskazywał, że „wymagająca, zbuntowana, nieprzejednana sztuka” może być zarówno nośnikiem rozpaczy i potężnym świadkiem bezduszności tak silnie rządzącej współczesnym światem. Myślę o londyńskich wykładach Edwarda poświęconych niewczesnym, olśniewającym medytacjom o Adornie, Ryszardzie Straussie i Viscontim. […]

Długie lata przyjaźni. Wspólnie podzielany podziw i uwielbienie dla Freda Duppe, mistrza ironii i stylu z Columbia University, który był pewnym uzupełnieniem Linela Trillinga, którego także lubiliśmy, lecz wobec którego odczuwaliśmy większy dystans. Fred był ironiczny, podczas gdy Lionel był wielki. Fred zapobiegał realizacji wielu pretensjonalnych i nieprzemyślanych planów na wydziale jedynie poprzez westchnienie w odpowiednim momencie podczas zebrania. Entuzjazm Edwarda i jego niecierpliwość. Skoro już został poruszony przez jakąś ideę nikt nie mógł go przekonać, że marnuje czas. Nadzwyczajna skala i potęga jego umysłowości. Nie zawsze był subtelny, a i często obojętny na szczegóły, lecz zawsze przemyśliwał rzecz do końca. Nie zliczę dyskusji z nim prowadzonych, kiedy to uświadamiałem sobie po kilku dniach, że tak naprawdę wówczas uznałem stanowisko, jakie on zajmował podczas dyskusji. Słowa porady od Edwarda kiedy to otrzymałem nadzwyczaj marną podwyżkę, jeśli w ogóle można nazwać to podwyżką. Powiedział, że powinien zrezygnować i poszukać pracy na innym uniwersytecie wówczas Columbia University zwróci na mnie uwagę. Wznosząc się, jak sądziłem, na moralne wyżyny, odparłem, że nie zamierzam grać w ich grę. Edward westchnął, szeroko się uśmiechnął i powiedział: „Mike, ty grasz w ich grę. I przegrywasz.”

Gdyby ktoś zapytał się mnie kilka miesięcy temu, odparłbym, że nie wierzę w bohaterów. Jednak zdaje sobie teraz sprawę, że było kilku ludzi w moim życiu – Edward, wspomniany wcześniej Fred Dupee, mój nauczyciel i przyjaciel z Cambridge Peter Stern oraz mój ojciec – którzy reprezentowali idealny typ człowieka. Byli przykładem, różniąc się od siebie, inteligencji, wytrwałości, odwagi, delikatności, honoru, głębokości myśli, przyzwoitości, życzliwości, itd. Można z nimi prowadzić duchową rozmowę i choć nie żyją można wyobrazić sobie to, jak nam odpowiadają. Można pisać zdania, a nawet książki dla nich i odnosić korzyść pamiętając o ryzyku podejmowanym przez ich pełną dyscypliny myśl. Jest jednak coś niepocieszonego w ich nieobecności. Z jednej strony nie przedstawią już nowych argumentów, nie będą więcej komentować rzeczywistości, z drugiej strony młodsi ich nie poznają, nie zapoznają się z nadzwyczajnymi możliwościami przez nich proponowanymi.

Edward ubierał się szykownie i lubił gdy ludzie zwracali uwagę na takie rzeczy – dla nich samych i dlatego że ważna była dla niego idea stylu. Jak sądzę pierwsza nasza rozmowa, jaką odbyliśmy – mogło to być jesienią 1964, kiedy to przybyłem na Uniwersytet Columbia, gdzie Edward pracował od roku – poświęcona była eleganckiej marynarce (lub marynarkom), jaką kupił gdzieś w centrum, może u Barney’a, lub też może w jakiś bardziej snobistycznym miejscu. Nalegał abym poszedł tam i kupił jedną z tych rzeczy, ponieważ ich cena była tak fantastyczna. I każdego dnia zapytywał, czy już poszedłem. Nie potrzebowałem i nie mogłem sobie pozwolić na marynarkę, lecz nie mogłem się przeciwstawić jego naciskom i w końcu poszedłem i kupiłem. Czarną. Z kaszmiru. Bardzo ładną. Nosiłem ją przez lata.

Uczucia Edwarda były jak krzyk, jak lekarstwo – nawet podczas jego choroby. Czułeś się lepiej za każdym razem, gdy się z nim widziałeś. A raczej czuło się, że można by było być lepszym niż się jest i sądziło się, że świat jest większy niż się zdawał być.

Pesymizm intelektu, optymizm woli. Edward lubił cytować aforyzm Gramsci’ego i nie bez powodu. Nie był w ogóle pesymistą, ani intelektu, ani woli. Był głęboko oddanym, niezmiennym optymistą, który potrafił patrzeć rozpaczy w oczy i nie tracić nadziei. Pamiętam spór, jaki miał miejsce między nami w czasie podpisywania porozumień z Oslo. Trwał już czwartą godzinę, Edward chodził tam i z powrotem po pokoju, pijąc szklankę po szklance pomarańczowego soku. Szukałem nadziei, lecz spoglądałem w złym kierunku. W końcu powiedziałem: „Edwardzie, musisz uwierzyć, że pewnego dnia, wszystko będzie lepiej”. Popatrzył na mnie jak na szaleńca i odpowiedział: „Oczywiście wierzę w to. Jakże inaczej mógłbym robić to, co robię?”

Myślałem o tej rozmowie często, gdy w Palestynie i Izraelu nastawały coraz mroczniejsze dni i zrozumiałem, co to znaczy być optymistą, i jak autentyczny optymizm wygląda. Myślałem, że jestem optymistą, a byłem po prostu utopistą. Kilka dni przed śmiercią, zaprosił mnie na małą pogawędkę – wrócił z objęć śmierci i wiedział, że to już koniec, choć nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest on już tak blisko – ich choć jego głos był ochrypły i słaby, brzmiał jak zwykle, tryskając dowcipem, był pełen ciekawości i siły. Powiedziałem: „Edwardzie jesteś nie do pokonania”. Odparł: „Nie jestem niepokonany, lecz nie poddam się”.


   Michael Wood


  Micheal Wood jest dziekanem wydziału literatury angielskiej na Uniwersytecie Princeton. Tekst pochodzi z London Review of Books, vol. 25 no 20, 23 października 2003.
 Tłum: Krzysztof Kędziora



<< powrót