Barcelona jest nasza!


Barcelona jest nasza! Właśnie to wykrzykiwano pod koniec tego sławnego już dnia 19 lipca 1936. Wszędzie powiewały czerwono-czarne flagi CNT. Na Ramblas przygrywały orkiestry. Ludzie szaleli z podniecenia. Odpowiedzieli ciosem światowemu faszyzmowi i zachwiali nim.

Poprzedniego dnia nadeszła tak długo oczekiwana wiadomość. Armia zdecydowała się obalić Republikę. Zorganizowała zamach stanu. Falanga ogłaszała, że jest to chwila, gdy Hiszpania zostanie przekształcona w państwo faszystowskie. Od trzech lat czytaliśmy ze zgrozą o bezprzykładnych okrucieństwach w Niemczech. Terrorze wobec politycznych oponentów, pogromie, który rozpoczęto na Żydach, przekształceniu kraju w państwo wojskowe. Wiedzieliśmy, że hiszpańscy generałowie nie zawahają się przed uczynieniem tego samego w stosunku do nas. Byli z pewnością tak samo nauczeni, że lud to „szumowiny”, jak naziści, że Żydzi to „podludzie”. Nie można było oczekiwać litości z ich strony. Kierowani przez Falangę, stanowili przeciwko nam jeszcze większą siłę, niż doświadczyliśmy tego przedtem.

Tej sobotniej nocy umówiłem się na spotkanie z kilkoma przyjaciółmi z ruchu syndykalistycznego. Większość z nich należała do związku zawodowego transportu. Jak wielu innych w mieście, posiadali swoje własne plany, opracowane pośpiesznie w ciągu dnia. Powiedziałem im, że skontaktuję się z innymi ze związku pracowników gastronomii. Jego siedziba znajdowała się blisko Biura Naczelnego Kapitana Portu, położonego wzdłuż nabrzeża, tuż przy Ramblas. Z balkonu można było dotknąć Kapitanatu. Spoglądając nad przystanią widziało się Szkołę Morską, tuż przy via Layetana, a na prawo, wznosząc się nad wodą, znajdowało się dowództwo Okręgu Wojskowego, naprzeciw koszar Atarazanas.

Dalej na zachód, w kierunku nowszej części miasta znajdował się Plaza de Cataluna, olbrzymi deptak pod gołym niebem; nad starówką górował Pomnik Kolumba, wielka wieża z kopułą na szczycie, z której można było oglądać Stare Miasto.

Gdy wczesnym niedzielnym rankiem dotarłem do siedziby związku, krążyły już pogłoski. Ulicami przechadzało się dużo ludzi, jak gdyby wyczuwali, że oglądali swoją ostatnią noc pokoju na wiele lat - dla niektórych z nich na zawsze. Armia musi wykonać wkrótce jakiś ruch, uważaliśmy. I tym razem nie mogło być tak, jak w 1934, gdy wydarzenia przeszły obok nas. Prasa prawicowa nie robiła tajemnicy z faktu, że chciała państwa faszystowskiego. Codziennie wychwalała Mussoliniego i Hitlera. Klerykalny faszyzm Austrii wprawiał ją w zachwyt. Ale jaką szansę mamy my, mówili niektórzy. Garnizon Barcelony obsadzał koszary, tworzące pierścień wokół miasta. Mógł błyskawicznie otoczyć miasto i przejąć kontrolę nad wszystkim. „Tym razem muszą uzbroić lud”, mówiliśmy. „Tym razem Republika nie wymiga się od tego. Muszą dać nam broń, inaczej sami zginą”.

Nikt jednak nie wierzył, że dadzą nam broń. Poprzednie posunięcia republikańskich przywódców przeczyły temu. Wezwali armię, żeby była lojalna; polegali na policji szturmowej i carabineros. Ci ostatni (zwykli funkcjonariusze w mundurach) zawsze pozostawali im wierni, natomiast policja szturmowa była ich własnym dziełem - utworzona, by walczyć z robotnikami, teraz liczyła na ich współpracę. Ale te siły zbrojne państwa, które pozostały lojalne, nie zastępowały uzbrojonego ludu, a temu właśnie chcieli zapobiec.

Jednak część robotników z CNT postanowiła, że nie ulegnie bez walki. Najsilniejsza sekcja, opowiadająca się za stawieniem oporu, znajdowała się w związku transportu. Grupa spośród nas z sekcji gastronomicznej podjęła decyzję, żeby pojechać na stare miasto, spróbować zorganizować włamanie do składnicy broni. W ten sposób część z nas zdobyłaby karabiny. Jednak gdy szliśmy po Rambla, nie natknęliśmy się na żaden wolny środek transportu. Zaczęły się rozruchy.

„Śmierć faszyzmowi!”, krzyczeli ludzie. „Powiesić generałów!” Rzucano kamieniami, tłuczono szyby sklepowe. Zbierał się tłum, wzmagały okrzyki, ludzie stawali się śmielsi. Wyłamywali drzwi sklepów, rabowali co się dało, zagarniali co tylko mogli unieść, rozbijali kasy sklepowe, walczyli między sobą o najlepsze towary. Nasza piątka, która postanowiła pójść na wypad po broń, stała tam przyglądając się. Nie pojawili się żadni policjanci. Tłum stał się hałaśliwszy, włamano się do winiarni.

Wskoczyłem na wózek i zacząłem przemawiać. „W ten sposób nie zwalcza się faszyzmu. Jest tylko jeden sposób - za pomocą karabinów. Zostawcie w spokoju zabawki burżuazji i chodźcie rozbić zbrojownie!”

Rozległ się okrzyk aprobaty. Moi przyjaciele i ja poprowadziliśmy ich do znanego sklepu o nazwie Beristany, gdzie bogacze zwykle kupowali swoje Remingtony i Winchestery, karabiny myśliwskie, rewolwery. Tłum zaatakował okratowane drzwi... Rozbili je kopniakami. Większość rzuciła się na kasy z pieniędzmi. Moja grupa przedarła się do środka i zaczęła uzbrajać. Zabrałem drogiego nowego Remingtona i napchałem sobie kieszenie amunicją. Moi przyjaciele wzięli Winchestery. Ciżba zaczęła się uspokajać. W świetle lamp ulicznych ujrzeli nas zbrojących się z determinacją. Przerwali rabowanie pieniędzy i zaczęli walczyć o broń. Zniknął każdy karabin, każda sztuka amunicji. Ludzie wymachiwali swoją nową bronią i wiwatowali. Przedtem byli niesforną hałastrą. Nagle poczuli się nową siłą. Przyszli, by rabować, odeszli, by walczyć. W ciągu następnych 24 godzin wielu z nich miało zginąć.

Poszedłem do domu schować mój karabin i amunicję. Nie chciałem paradować z nim na ramieniu po ulicach, dopóki nie nadejdzie odpowiednia chwila. Gdy matka ujrzała mnie wchodzącego z karabinem w ręku, podeszła do mnie. Ale nie protestowała. Pamiętałem, jak często próbowała namówić ojca do zaniechania jego działalności. Uśmiechnęła się do mnie. „Uważaj na siebie, synu”, powiedziała. Ucałowałem ją i odparłem, żeby się nie martwiła. Udałem się z powrotem do siedziby związku pracowników gastronomii.

Pokazałem swoją legitymację i wszedłem do środka. Było tam wielu ludzi, wszyscy z przejęciem roztrząsali wydarzenia. Armia zbuntowała się w całej Hiszpanii. Republika apelowała o lojalność. Dwa główne związki zawodowe, CNT i UGT, ogłosiły strajk generalny wszędzie tam, gdzie władzę uchwycili rebelianci. Domagały się zbrojnego przeciwstawienia się faszyzmowi.

W całej Barcelonie miały miejsce incydenty takie jak ten, w którym ja brałem udział. Członkowie FAI postanowili uzbroić się sami. Wiedzieli, że nikt nigdy nie da im broni. Tłum w lokalu był najeżony bronią palną. Jednak dużą jej część stanowiły stare rewolwery, a jedynie niewielu zdobyło karabiny ze składów broni w mieście. W oddali słyszeliśmy kanonadę artyleryjską, strzelaninę karabinów maszynowych, strzały karabinowe i krzyki. Wybiła godzina siódma rano 19 lipca, było już gorąco. Miasto budziło się do życia.

Miałem przy sobie pistolet. Zdecydowałem, że potrzebny mi mój karabin. Zebrałem kilku przyjaciół i postanowiliśmy wyjść na zewnątrz, dowiedzieć się, co się dzieje. Poza nami nikt nie stawiał oporu. Członkowie UGT pozostawali bezczynni w swoich lokalach. Socjaliści pisali manifesty. Pobiegłbym do domu i zabrał swój karabin. Otworzyłem drzwi budynku związkowego i spojrzałem w poprzek ulicy Merced na potężne, wykonane z solidnego drewna wzmocnionego żelazem, tylne drzwi Kapitanatu. W siedzibie Kapitana Generalnego było około 200 ludzi. Kilku z nich było oficerami sztabowymi, reszta to uzbrojeni żołnierze. Na moście, który łączy Kapitanat z kościołem Merced, zobaczyłem żołnierzy - w odległości zaledwie kilku kroków od naszego budynku. Odwróciłem się, żeby odezwać się do człowieka za mną, który trzymał jeden z nielicznych karabinów znajdujących się w pomieszczeniu.

„Opuść go wzdłuż nogawki spodni. Tamci żołnierze strzelą do ciebie, jeśli go zobaczą.” Lecz on był dumny ze swojego karabinu i nie chciał słuchać.

„Idź za mną - biegiem”, krzyknąłem, wypadając pędem z budynku pod most i skręcając za róg, osłonięty przed ich polem ostrzału.

Usłyszałem krzyk „Rzuć ten karabin”. Później padł strzał.

Pobiegłem z powrotem. Mężczyzna z karabinem leżał na ulicy zgięty w pół, jego broń kilka kroków obok. Jęczał z bólu, gdyż jego noga krwawiła. Został postrzelony przez żołnierzy na moście. Spojrzałem w górę na znajdującego się tam oficera. „On jest ranny - czy mogę zabrać go do przychodni?”

„Tak” odparł oficer. „Ale oddaj jego karabin. Połóż go przy drzwiach”. Położyliśmy jego karabin przy drzwiach pod mostem. Otwarły się, karabin został wciągnięty do środka i drzwi zamknęły się. Przeszliśmy z nim szybko pod mostem do punktu pierwszej pomocy medycznej, wykorzystywanego przez robotników portowych. Był pierwszym człowiekiem z mojego związku, który przelał krew.

Na ulicach było już wielu ludzi, wszędzie pojawiają się karabiny. Kobiety również. Nie mogłem dłużej zwlekać. Powiedziałem przyjacielowi, żeby czekał na punkcie medycznym i pobiegłem do domu, zabrałem Remingtona i całą amunicję, i z powrotem dołączyłem do niego.

W tym czasie toczyła się już walka. Siedziba związku transportu była zatłoczona. Zgromadzili się tam pracownicy transportowi z wszystkich części miasta. Byli tam Durutti i Ascaso, starając się organizować ich w grupy szturmowe, w miarę jak dołączali do nich inni robotnicy. Przybyli pracownicy gastronomii, część z kuchni w swoich białych ubraniach, część z restauracji w wąskich uliczkach lub kawiarni na Ramblas, z piekarni i rzeźni, niektórzy z toporami rzeźniczymi i długimi nożami kuchennymi. Zamierzali bronić budynku nie szczędząc swojego życia. Wydawało się to beznadziejnym zadaniem. Za każdym razem, gdy któryś z naszych bojowników próbował wybiec i przerwać się z karabinem w ręku, aby zająć pozycję, skąd mógłby prowadzić ogień do żołnierzy, ginął zastrzelony.

Opancerzona ciężarówka, sklecona na poczekaniu przez robotników kolejowych, popędziła przez Ramblas na pusty Plaza de Cataluna, próbując przejąć kontrolę nad ulicami. Wszędzie wokół leżały ciała, a wystrzelone kule brzęczały i gwizdały po ulicach.

Nie było dojścia do Kapitanatu. Trzeba było pokonać długa trasę po Ramblas i bocznymi ulicami, aby dostać się do tylnych drzwi. Lecz tam również znajdowali się uzbrojeni żołnierze, osłaniający ulicę.

Słychać było odgłos karabinu maszynowego strzelającego w pobliżu. Dochodził z kopuły na Pomniku Kolumba. Na górze znajdował się faszysta z bronią i amunicją, i panował nad otwartymi przestrzeniami starej części miasta. Siedział na wysokości 30 metrów i był dobrze osłonięty. Ludzie strzelali do niego z ukrycia, przyczajając się w wejściach. Jednak każda próba podejścia bliżej była udaremniana. Strzelcy ginęli skoszeni ogniem.

Gdy dołączyliśmy do snajperów, usłyszeliśmy wiadomość, że Francisco Ascaso został postrzelony podczas walki i poległ. Zginął, gdy szedł negocjować w sprawie kapitulacji koszar Atarazanas, które wywiesiły białą flagę. Był kochany i szanowany w całym mieście, a jego śmierć odczuto jako osobisty cios. Niezłomni bojownicy, którzy wiele razy w ten czy inny sposób przechodzili twardą szkołę walki z tym samym wrogiem, płakali, gdy usłyszeli tę wiadomość. Wszyscy byli rozzłoszczeni. Ale gdy rozeszła się wieść o jego śmierci, ich gniew zaczął wzbierać. Tak wielu odeszło w ten sam sposób. Tym razem wynik końcowy będzie inny, mówili.

Mój przyjaciel Angel, który był ze mną, pociągnął mnie za rękę. „Główna walka toczy się chyba na Plaza de Cataluna. To tam będziemy najbardziej potrzebni. Do obrony budynku związkowego jest już mnóstwo ludzi.”

Właśnie tak to wyglądało, kompletnie bez kierownictwa. Zaskoczono nas nieprzygotowanych. Ale wszyscy byliśmy zdecydowani działać na własną odpowiedzialność. Angel i ja posuwaliśmy się po Rambla, skacząc od drzewa do drzewa gdy zbliżyliśmy się do placu, gdyż przelatywały tam kule w trakcie wielkiego boju. Na ulicach i pod drzewami leżeli zabici, zastrzeleni przez wojskowych snajperów z dachów lub żołnierzy na placu. Szczęśliwie zdołaliśmy dotrzeć do placu nie trafieni. Leżałem z karabinem za drzewem, próbując zorientować się, co się dzieje. Wszystko się zlewało, wrzaski, krzyki, ogień karabinów maszynowych.

Zauważyłem wielu zabitych ludzi. Faszyści - cywilni zwolennicy armii - i garstka żołnierzy bronili centrali telefonicznej, z której uciekli operatorzy. Strzelanina była tam intensywna. Po drugiej stronie placu znajdował się klub oficerski, gdzie była rozmieszczona drużyna żołnierzy. Mieli w holu klubu karabin maszynowy i omiatali plac ogniem. Ludzie próbowali kryć się za zabitymi mułami. Na placu nie było nic, ani jednego drzewa, co dawałoby osłonę. Zacząłem jednak strzelać, po części aby nabrać wprawy w posługiwaniu się moim nowym karabinem, a po części aby nie dać podnieść głowy faszystom w centrali telefonicznej.

Angel i ja pobiegliśmy na tyły centrali telefonicznej. Z hotelu Columbus po drugiej stronie placu nadlatywały kolejne strzały. Za naszą osłoną zgromadziliśmy wokół siebie kilku ludzi, aby ruszyć na hotel. Gdy posuwaliśmy się naprzód, nagle stanęliśmy w miejscu jak wryci.

Ulica była zapchana Gwardią Cywilną. Byli tam, nasi starzy wrogowie, 400 z nich, uzbrojeni w broń maszynową i karabiny. Wszyscy sądziliśmy, że już po nas. Czekaliśmy, aż zaczną strzelać. Ale nie zrobili tego. Pomachali nam, żebyśmy szli dalej. Wolno ruszyłem naprzód, moja grupa za mną. Myśleliśmy, że strzelą nam w plecy. Jednak myliliśmy się. Byli sprzymierzeńcami. Pozostali lojalni wobec rządu republikańskiego. Trudno było uwierzyć, że mamy teraz takich nowych przyjaciół. Tak właśnie było podczas pierwszych dni wojny domowej. Nastąpiło przesunięcie w sojuszach. Nie zawsze można było rozpoznać wroga.

Weszliśmy do budynku stojącego za hotelem Columbus. Była to kamienica z bankiem na parterze. Wbiegłem po pierwszym ciągu schodów, wpadłem w najbliższe drzwi i ujrzałem trzech ludzi z pistoletami. Zostali zaskoczeni i poddali się. Mieli tam niewielkie stanowisko z pistoletami i granatami. Niektórzy z będących ze mną ludzi chcieli ich zastrzelić. Powstrzymałem ich. Zamiast tego, po rozbrojeniu ich, zamknęliśmy drzwi na klucz. Angel wyrzucił go, gdy odeszliśmy.

Było nas teraz dziewięciu, wszyscy uzbrojeni. Po schodach weszliśmy na płaski dach, który górował nad hotelem Columbus. Faszyści w hotelu krzyknęli do nas, żeby nie strzelać akurat w chwili, gdy przygotowywałem się, by rzucić jeden z granatów, który dopiero co zabrałem z mieszkania poniżej. Odpowiedzieliśmy, przekrzykując kanonadę.

„Poddamy się, ale nie wam”, krzyknął ich przedstawiciel. „Jedynie Gwardii Cywilnej”.

„Dobrze”, powiedziałem. „Przestańcie strzelać, a my sprowadzimy Gwardię Cywilną”. Zeszliśmy na ulicę i udaliśmy się do pułkownika dowodzącego dwoma kompaniami Gwardii Cywilnej. Powiedziałem, że podda się mu placówka rebeliantów w hotelu Columbus, a on skierował swoich ludzi na Plaza de Cataluna, aby mógł przyjąć kapitulację na schodach frontowych.

Jednak gdy gwardziści wkroczyli na plac w polu widzenia centrali telefonicznej, rozpętała się potężna kanonada. Gwardziści rzucili się na ziemię - my również. Następnie otworzyli ogień ze swoich nowoczesnych karabinów Mausera, najlepszej broni dostępnej wówczas w Hiszpanii. Oddałem kilka strzałów z mojego Remingtona, ale odległość była zbyt wielka.

Strzelanina nagle ustała. Gwardziści weszli do hotelu i rozbroili znajdujących się wewnątrz rebeliantów. Wtedy przestała strzelać centrala telefoniczna. Oddział policji mundurowej wkroczył do środka i wyprowadził faszystów. Buntownicy w Barcelonie zaczynali zdawać sobie sprawę, że ściągnęli na siebie burzę. Przeciwko nim był cały lud. Bali się wpaść w ręce robotników i woleli się poddawać oddziałom państwowym, które znali i które zawsze trzymały ich stronę.

Przestał też strzelać karabin maszynowy w klubie oficerskim. Na placu panował spokój, zakłócany tylko przez jęczenie rannego, leżącego za małym samochodem, którym wjechano na płytę placu i przewrócono jako barykadę.

Poszedłem z moją grupą do klubu oficerskiego. Rozpoznałem dowodzącego młodego oficera, który mieszkał niedaleko mnie. Oddał swój pistolet policji mundurowej. Zabite na placu muły ciągnęły niewielki, 4-kołowy wóz i policjanci zawlekli go teraz pod klub, i rozkazali żołnierzom wrzucić na niego swoją broń. Przyglądałem się i zauważyłem żołnierza z nowiuteńkim Mauserem. Powiedziałem mu, żeby mi go oddał.

Odmówił. „Nie jesteś z policji republikańskiej. Jesteś jednym z motłochu”. Chwyciłem jego karabin i stoczyliśmy o niego walkę. Uderzyłem go rękojeścią mojego pistoletu i puścił go. Wtedy rozkazałem mu zdjąć pas z ładownicami, które zawierały 150 nabojów. Zrobił to. Rzuciłem swojego Remingtona jednemu z mojej grupy, założyłem pas z ładownicami przez ramię i rozejrzałem się. W taki sposób nasz ruch uzbrajał się sam tego pamiętnego dnia. W żadnej części Hiszpanii rząd nie chciał dać nam broni. Mimo tego, że stał w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa ze strony armii i groźby obcej interwencji. To, co mieliśmy, musieliśmy zdobyć sobie sami.

Koło portu trwała strzelanina. W pobliżu zabrałem samochód, bardzo mały, i czterech z nas wgramoliło się do środka. Przejechaliśmy około mili do portu, mijając grupy biegnących ludzi, wymachujących pistoletami i wykrzykujących o swoich rozmaitych sukcesach, odniesionych w całym mieście. Na pojazdach kredą wypisywano CNT-FAI. Część miasta znajdowała się już w rękach ludu. Policja mundurowa zdecydowała się pozostać wierna Republice. Nie ufaliśmy Gwardii Cywilnej. Gdy przechodziła obok, wznoszono ironiczne okrzyki „Niech żyje Republika”. Była siłami wojskowymi, które stanęły po silniejszej stronie, ale zawsze była przeciwko nam. Mimo, że w zasadzie nie poparła żadnej ze stron, wszyscy uważaliśmy, że przejdzie na stronę junty generalskiej.

Gdy tylko znaleźliśmy się koło portu, natknęliśmy się na kolejny tłum, na tyłach budynku siedziby rządu cywilnego. Przed nim znajdowała się duża otwarta przestrzeń, która prowadziła do portu. Na lewo była Szkoła Morska, a na prawo Kapitanat. Na balkonie na pierwszym piętrze tego budynku znajdowało się gniazdo karabinu maszynowego. Nie można było podejść. Atak na ważne budynki wokół Kapitanatu został powstrzymany przez to stanowisko.

Nasza grupa w samochodzie oceniła sytuację. Zauważyliśmy, że lekka artyleria została podciągnięta na pozycje oddalone około 1800 metrów od Kapitanatu. Sprowadzono ją jako świeże wsparcie dla żołnierzy, jednak wojsko zostało przepędzone. Działa po prostu tam stały. Były to 75-tki. Gdybyśmy zdołali do nich dotrzeć, moglibyśmy zniszczyć gniazdo karabinu maszynowego jednym pociskiem wystrzelonym na wprost.

Powiedziałem moim przyjaciołom o planie. Przejedziemy szybko samochodem pod osłonę Szkoły Morskiej. Następnie popędzę do linii dział. Ruszyliśmy. Samochód gnał jak wszyscy diabli, ale 25 jardów od osłony szkoły trafił nas karabin maszynowy. Kierowca został poważnie ranny w nogę. Oberwał silnik. Wyskoczyłem tylnymi drzwiami i pobiegłem do dział. Rzuciłem się za najbliższe z nich i schroniłem za tarczą armaty, gdyż kaemista namierzał mnie na otwartej przestrzeni. Byłem przerażony. Gdy dawałem nura za osłonę, poczułem nagłe ukłucie. Zostałem raniony w nogę. Podciągnąłem nogawkę spodni i starłem krew. Jednak nie była to rana od kuli. Zaledwie odprysk lecącego kamienia. Nic poważnego.

Obszukałem działa. Na próżno. Były tam cztery działa, ale ani jednego pocisku. Gdy się przyczaiłem, kaemista z balkonu Kapitanatu omiótł ogniem rząd dział, uświadamiając sobie grożące niebezpieczeństwo, gdybyśmy mieli pociski i zdołali odpowiedzieć ogniem. Siedziałem tam, osłonięty przez lawetę działa, przez 15 minut, nie będąc w stanie się ruszyć, gdyż km ostrzeliwał mnie bezustannie, od czasu do czasu rozsiewając serie po otwartej przestrzeni, aby odgonić grupy, które tu i ówdzie próbowały przeprowadzić atak frontalny.

Stamtąd gdzie leżałem widziałem rozbity samochód, który zarekwirowaliśmy. Jeden z naszych przyjaciół leżał na ulicy obok niego. Pozostali z grupy leżeli pod osłoną szkoły. Tylko jeden z nas miał karabin przy sobie. Nie mogliśmy nic zrobić. Wtedy nagle, po 15 minutach, strzelec km-u musiał dojść do przekonania, że nie żyję. Zmienił cel i zaczął strzelać gdzie indziej. Przebiegłem przez otwartą przestrzeń pod mury Szkoły Morskiej i dołączyłem do moich przyjaciół i innych leżących tam ludzi. Powiedziałem, że musimy przenieść naszego rannego przyjaciela w ukrycie. Ponownie wyczołgaliśmy się na otwartą przestrzeń i zaciągnęliśmy go z powrotem pod szkołę. Został wsadzony do innego samochodu i odwieziony do szpitala. Nigdy więcej go nie widziałem. Nie wiem, co się z nim stało.

Zaczęliśmy dyskutować o naszym następnym ruchu. „Wróćmy do naszego związku i zobaczmy, jak sprawy stoją”, powiedziałem. Być może, zdecydowaliśmy również, że moglibyśmy dowiedzieć się tam, czy Kapitanat mógł być zdobyty od tyłu. Pod osłoną Szkoły Morskiej pobiegłem pod arkadę, skąd widać było karabin maszynowy, ale będąc chronionym przed nim kolumnami. Tam ujrzałem zdumiewający widok. Po via Layetana, obok Urzędu Pocztowego i jakieś 50 jardów ode mnie, toczyło się kolejne działo 75mm, ciągnięte przez jednego z największych ludzi w dokach, Manuela Lecha.

Powitano je z zachwytem, a Manuel zdobył tego dnia przydomek „Artylerzysta”, którego nigdy mu nie zapomniano i jak odtąd był pieszczotliwie nazywany w całej Barcelonie. Spotkaliśmy się ponownie wiele lat później. Był ze mną na procesie w 1952.

Krzyknąłem do niego, aby przyciągnął działo do arkady, żebyśmy mogli uciszyć karabin maszynowy.

„Wiem, wiem”, powiedział. „Zaraz, chwila. To nie pistolecik! Już idę!”

Manuel ustawił działo pod osłoną wytwornej arkady. Huknęło i obok wyłupało kawałek marmurowego filara. Ta wyrwa była widoczna przez wiele lat.

Drugi pocisk był strzałem w dziesiątkę. Trafił prosto w karabin maszynowy. Natychmiast poddał się głównodowodzący generał, człowiek o nazwisku Goded. Był to dla nas wielki sukces. My byliśmy niezorganizowanymi, pojedynczymi ludźmi, którzy przystąpili do walki bez odgórnych wytycznych - on stał na czele wojska w Barcelonie. Każdy połączony atak na lud Barcelony byłby kierowany przez niego i jego sztab. Lecz my odcięliśmy łeb tygrysa. Po kilku tygodniach, gdy w Barcelonie został przywrócony porządek, tenże Goded i jeszcze jeden generał zostali straceni, po uznaniu ich za winnych zdrady stanu przez sąd wojskowy. Wykonywał rozkazy junty generalskiej, na czele której stał generał Mola. W rzeczywistości spiskiem armii kierował generał Sanjurjo, a Mola był następny w hierarchii. Obaj zginęli w katastrofach lotniczych w bardzo wczesnym okresie wojny domowej. Goded bezspornie dopuścił się zdrady wobec rządu, którego przysięgał bronić. Został rozstrzelany. Jednak w tym momencie, po jego poddaniu się, oddano go w ręce policji.

Po kapitulacji Godeda w rejonie portu stało się o wiele spokojniej. Ogromne tłumy kłębiły się przed budynkiem Kapitanatu, gwiżdżąc i wiwatując gdy żołnierze zostali wyprowadzeni i rozbrojeni.

W międzyczasie siedziba Okręgu Wojskowego poddała się Gwardii Szturmowej, należącej do policji republikańskiej. Wszyscy pomaszerowaliśmy do kwatery głównej armii i stwierdziliśmy, że pięciu oficerów było ochranianych przez policję. Tłum domagał się ich wydania, grożąc policjantom, że weźmie ich siłą. Chciał zemsty za zabitych w tym dniu. Zdając sobie sprawę, że byli w mniejszości, gwardziści oddali oficerów. Zabraliśmy ich do siedziby związku transportu dla osądzenia.

Na piętrze toczyła się narada, wspólnie z członkami związku transportu. Poszedłem na górę zapytać, co zrobić z oficerami. Nie chciałem ich zabierać, ale ponieważ taka była wola tłumu, pomyślałem, że najlepiej będzie, jeśli zajmie się nimi związek. Jednak gdy rozmawialiśmy, usłyszeliśmy strzały. Zbiegłem po schodach, by stwierdzić, że oficerowie zostali zabici przez rosnący na dole tłum ludzi, których wielu przyjaciół i krewnych zginęło podczas buntu. Poczułem się podle z tego powodu. Ci ludzie zostali zastrzeleni z zimną krwią. To nie był nasz sposób załatwiania spraw. Jednak przemówienie do tłumu było niemożliwe. „Barcelona jest nasza!”, krzyczano. „Nie zabiją nas tak, jak zawsze lubili to robić!”

Angel i ja wyszliśmy na zewnątrz, gdzie zobaczyliśmy Buenaventurę Durrutiego. Nie widział, co się wydarzyło, ale tłum szybko zgromadził się wokół niego, gdyż miał wybitną osobowość i już mówiono o nim, jako o generale ludu, który przemieni tą niezorganizowaną masę w siłę bojową, która uchroni Hiszpanię przed jej wrogami.

Angel, który był tramwajarzem, znał Duruttiego bardzo dobrze, gdyż należeli do tego samego związku transportu - Durruti był kolejarzem - i obaj byli w komitecie krajowym CNT. Zaczął mówić do Durrutiego, gdy usłyszeliśmy, że karabin maszynowy na szczycie kopuły przestał strzelać.

„Pójdziemy tam, jeśli powstrzymasz tłum”, powiedział Angel. „Plac jest pusty. Być może snajper zrezygnował”. Zgodził się i poszliśmy. Na placu wszystko ucichło. Na wypadek, gdyby strzelanina znów się rozpoczęła, schroniliśmy się za zrujnowanym końcowym przystankiem tramwajowym. Zobaczyliśmy wtedy, że biała flaga powiewała na koszarach Atarazanas, tych samych, z których wywieszono ją rano i następnie - przez przypadek lub rozmyślnie - zastrzelono Ascaso, gdy wysunął się do przodu, żeby porozmawiać. Nie byliśmy pewni, czy mamy podejść. Jednak wielki plac był odsłonięty. Tak czy owak znajdowaliśmy się w polu ich ostrzału. Ostrożnie zbliżyliśmy się.

Młody alferez porucznik kadetów, odpowiednik podchorążego w armii) w okularach poprosił o możliwość poddania się.

„Dobrze”, powiedzieliśmy. „Poczekaj, aż wrócimy do Pomnika Kolumba, a gdy już tam będziemy, możesz wychodzić”.

Gdy doszliśmy do Rambla, zobaczyliśmy czekający niecierpliwie tłum. Skądś huknął strzał. Nałożyłem chusteczkę na swój karabin i zawołałem desperacko do Durrutiego, bowiem strzał był sygnałem dla całej ciżby przy drzwiach siedziby związku do otwarcia ognia. „Powstrzymaj ich!”, krzyczeliśmy. Oto dlaczego Barcelona pokryła się inicjałami. Nie był to jedynie wybuch sekciarskiego entuzjazmu, który pobudził nas wszystkich do demonstrowania swoich barw i przynależności. Inaczej strzelalibyśmy raczej do siebie nawzajem, niż do wroga.

Gdy ujrzeli alfereza, wydali z siebie potężny ryk.

„Zabierzcie go do związku”, powiedział Durruti. „Nie da się wskrzesić Francisco...” Jednak całkowicie utracił już kontrolę nad tłumem. Aż do tej chwili oficer był arogancki, lecz teraz zaczął drżeć. Płakał. Był dopiero chłopcem. „Przyłączyliśmy się do obrony ludu”, zaczął. Nastąpił wybuch śmiechu, który zagłuszył to, co próbował powiedzieć Durruti. „Gdzie - w Maroku?”, wykrzykiwano. Jakiś mężczyzna z karabinem w dłoni przepchnął się do przodu. „Pokażę ci, jak bronić ludu”, ryknął. Uniósł karabin i uderzył alfereza w twarz.

Wydawało się, że znikła połowa twarzy. Trysnęła krew. Na alfereza spadły dalsze ciosy. Nie żył zanim jego ciało upadło na ulicę. Wybuchły wiwaty. Angel Garcia, Durruti i ja darliśmy się na nich, żeby przestali, ale nie słuchali. Wyszło dwóch żołnierzy. Ludzie popędzili przez plac. Durruti stracił nad nimi kontrolę. Krzyczeliśmy do nich, żeby się powstrzymali, lecz oni oszaleli na punkcie zemsty. Gromadzili się wokół alfereza, szydząc, wykrzywieni z nienawiści. „Zabiłeś Ascaso”, krzyczeli.

„Czekajcie!”, zawołał Durruti. „Francisco nie żyje...”

„Właśnie!”, przerwali. „Oto jego morderca, tym razem zapłacą za to!”

„Nie zniżajcie się do ich poziomu”, zaczął Durruti. „Walczcie z nimi, nie mordujcie, tak jak oni...”

Zaczęli się uspokajać. Pozostali żołnierze stali przerażeni. Teraz ich puścili.

Za tym, co było budką z napojami dla tramwajarzy, znalazłem umierającego młodego żołnierza. Został postrzelony. Dałem mu trochę rumu.

„Może to ten facet z karabinem maszynowym”, powiedział Angel. Ale nie wiedzieliśmy tego. Być może był człowiekiem, który uciszył kaemistę, żołnierzem, który przeszedł na naszą stronę. Któż w tej chwili potrafił odróżnić przyjaciela od wroga? Gdy krzyknęliśmy przybiegli sanitariusze i zabrali go.

Wtedy wybuchła ogólna panika. Odgłos nurkującego samolotu. Niewielka jednosilnikowa maszyna, zawracając, nabierała wysokości nad morzem. Wyrównała, skierowała się w głąb lądu i zanurkowała, zbliżając się coraz bardziej. Znów otworzyła ogień, kule załomotały po kopule pomnika.

Człowiekiem w kabinie był, jak dowiedziałem się później, popularny miejscowy pilot akrobacyjny o nazwisku Muntadas. Samodzielnie postanowił zaatakować snajpera na pomniku. Ale przyleciał za późno.

Wszyscy myśleli, że był to faszysta i popędzili się ukryć. Na szczęście pilot w porę zdał sobie sprawę ze zmiany sytuacji i odleciał.

Ucichła już strzelanina, poza pojedynczymi seriami oddawanymi z ukrycia. Wszyscy rozmawiali z podnieceniem o odniesionym zwycięstwie.

„Teraz zobaczycie, wkroczą Włosi i Niemcy, żeby chronić swoich kumpli”, mówili. „To wojna!”

Gazety socjalistów i komunistów robiły wokół tego wielki szum. Utworzyli oni Front Ludowy, który posiadał obecnie większość parlamentarną. Uważali za pewne, że gdyby wkroczyły państwa Osi, interweniowaliby też ich zagraniczni przyjaciele. Front Ludowy był u władzy we Francji, pod przywództwem socjalistów z komunistycznym poparciem. Co do Rosji, któż z nich mógłby wątpić, że będzie ona pierwsza w walce z Hitlerem?

Stare miasto Barcelony znajdowało się już całkowicie w rękach ludu. Podczas gdy my walczyliśmy w rejonie Ramblas i portu, wielki bój toczył się na Paralelo, głównej ulicy wychodzącej ze starego miasta na Madryt. Garcia Oliver, Ricardo Sanz i inni zorganizowali budowę wielkiej barykady z kamieni brukowych, które zrzucono na kupę, żeby zatrzymać wkraczające do miasta oddziały z koszar Lepanto. Około 2 tysięcy żołnierzy z tych koszar pomaszerowało na barykady. Ale pomimo rozkazów z Kapitanatu, oficerowie nie byli w stanie zmusić ich do natarcia. Wielu z żołnierzy było poborowymi i nie przejawiało chęci do tego zajęcia. Doszło do kilku potyczek i padło kilku zabitych. Lecz wkrótce wojsko się wycofało.

Wszędzie powtarzała się ta sama historia. „Co ten przeklęty, durny rząd wyprawia? Dlaczego nie wydaje ludowi broni? Rządowe arsenały zostały zamknięte i zabarykadowane przed ludem. Armia była jedyną legalną siłą, która mogła je otworzyć, a armia się zbuntowała. „Czekają aż wkroczy Hitler, czy jak?”

Słyszeliśmy, że w Madrycie sytuacja wyglądała dobrze. Rebelia została łatwo stłumiona. W większości kraju armia znalazła się w oblężeniu, powstrzymana w swoich garnizonach, nie będąc w stanie zrobić nic więcej, ponad opieranie się ludowi, który je otoczył, jak podczas słynnego oblężenia Alcazaru. Inaczej sytuacja przedstawiała się w Saragossie. Armia była tam silna i zaciekle walczyła z CNT. Gdyby tylko rząd wydał CNT broń, wojna skończyłaby się w ciągu tygodnia. Ofensywna siła militarna generałów w obrębie Hiszpanii została rozbita przez robotników, którzy próbowali teraz opanować garnizony. Sprawą nie cierpiącą zwłoki było, żeby broń została wydana zanim do akcji wkroczy armia z Maroka. Miała tam ona broni pod dostatkiem. Była zdyscyplinowana, gotowa. Miała też mauryjskich najemników, mimo iż większość ludzi uważała za nie do pomyślenia, żeby w wojnie domowej z Hiszpanami ultrapatriotyczni, prawicowi generałowie użyli mauryjskich oddziałów.

Wewnątrz Barcelony 21 lipca poddała się twierdza San Andreas. Stamtąd pochodziła armata, użyta przez Manuela Lecha. Jednak były jeszcze forty otaczające miasto, do którego napływali kolejni żołnierze. Choć wówczas tego nie wiedziałem, to w rzeczywistości wyruszyły kolumny wojsk, które próbowały zgromadzić się wokół Kapitanatu, lecz nie zostały przepuszczone przez wielotysięczne tłumy, w których tylko nieliczni byli uzbrojeni. Żołnierze mogliby się przedrzeć, ale jedynie dokonując ogólnej masakry. Były to oddziały złożone z poborowych, a oni by tego nie zrobili. Wśród tłumu mogli być ich właśni krewni. Rzucili broń i zbratali się. Oficerowie uciekli.

W niektórych częściach miasta pospólstwo podpaliło kościoły. Tak działo się w całej Hiszpanii. Od lat człowiek przekonuje się, że ksiądz rządzi z absolutną arogancją i w ścisłej współpracy z lokalnym właścicielem ziemskim. Gdy stwierdzi, że jakiś robotnik nie przychodzi w niedzielę do kościoła i woli spędzać swój czas w winiarni, posyła po żonę tego człowieka, przepytuje ją i przestrzega. Jeśli jej mąż się nie pojawia, to następnego dnia, gdy stoi jak bydło, aby być najętym do pracy przez właściciela ziemskiego, okazuje się, że go pominięto. Mąż szybko pojmuje wiadomość. Potem, w czasie zaburzeń wewnętrznych, pospólstwo plądruje kościół. Ksiądz ucieka. Wówczas siwowłosi profesorowie w okularach z pozłacanymi oprawami, wypisują za granicą w swoich beznamiętnych, oderwanych od rzeczywistości pracach naukowych, że stało się to pod wpływem anarchistów hiszpańskich, którzy - zgrzani i zakurzeni, zmordowani walką z władzami - wrócili wyczerpani do wsi, żeby głosem ochrypłym ze zmęczenia wyperswadować tłumowi zajmowanie się tak bezsensowną działalnością.

Czy w Barcelonie wydarzyły się tego dnia okrucieństwa? Niemało. W wielu przypadkach tłum wdarł się do koszar zbrojnej policji oraz prefektury policji, miejsc, gdzie bito i torturowano ludzi. Oczywiście nie bawili się w ceregiele w postępowaniu z żołnierzami czy policjantami, gdy ci uczestniczyli w rebelii. Jednak w wielu przypadkach policjanci wyszli im naprzeciw, z przypochlebnymi zapewnieniami o swojej lojalności wobec Republiki. „Jesteśmy wierni naszej przysiędze, jesteśmy wierni konstytucji”, mówili. „Wczoraj trzymaliśmy was w areszcie - to prawda. To był nasz obowiązek. Dziś zajmujemy się faszystami, buntownikami, zdrajcami! Rozumiemy, że jesteście anarchistami, nie chcecie policji. Bardzo dobrze, lecz musicie zrozumieć, że macie teraz sprzymierzeńców, którzy wierzą w Państwo - republikanów, socjalistów, komunistów. Służymy konstytucji, niech żyje Front Ludowy!” Ci policjanci okazali się jeszcze bardziej wytrwali w torturowaniu i rozstrzeliwaniu faszystowskich więźniów, których przetrzymywali. Wielu z nich być może nie było faszystami, a jedynie ludźmi z klasy średniej, którzy sympatyzowali z armią lub prawicą w ogóle. Ale policjanci musieli wykazać entuzjazm, aby ukryć swoją podejrzaną przeszłość i jeszcze bardziej podejrzaną przyszłość. Bardziej niż ktokolwiek obstawali, żeby nie wydawać żadnej broni ruchowi syndykalistycznemu, który był jedyna realna siłą powstrzymującą armię. Zanim dzień się skończył, dowiedzieliśmy się, że jeszcze jedna kolumna wojska zamierzała się poddać. Było to na rue Diagonale, głównej ulicy na obrzeżach miasta.

„Świetnie”, powiedziałem, gdy o tym usłyszałem. „Chodźmy przyjąć ich kapitulację”.

Znajdował się tam młody kapitan z 200 żołnierzami. Był zręcznym rozmówcą. „Nie mamy zamiaru walczyć z Hiszpanami”, powiedział. „Mam rozkazy od Godeda, ale ich nie wypełniam”.

Powiedzieliśmy mu, że Goded został pojmany. Okazał zaskoczenie i radość.

„Niech żołnierze wracają do swoich rodzin i domów”, powiedziałem. „Wojna przeciw Hiszpanom się dla was skończyła”.

Później plułem sobie w brodę za swój błąd, jedyny, jaki popełniłem tego dnia. Oficer prawdopodobnie już wiedział, że Goded został pojmany. Chciał jedynie wyplątać się z trudnej sytuacji. Powinniśmy byli zatrzymać żołnierzy przy nas. Stanowili dobry oddział, a ich wartość propagandowa skłoniłaby innych żołnierzy do przyłączenia się do nas. Tak więc odeszli, zabierając swoją broń. Większość z nich opuściła Barcelonę i prawdopodobnie wielu ostatecznie znów dołączyło do regularnej armii - armii Franco. To był ich zawód. Daliśmy się nabrać.

Był to jednak koniec próby zajęcia naszego miasta przez armię. Gdy zapadła noc, doszło do sporadycznych walk z sympatykami Falangi i innymi elementami prawicowymi, ale armia nie brała w tym udziału. Gdy cywilni buntownicy dowiedzieli się o załamaniu armii, stracili ochotę do walki. Barcelona znalazła się w naszych rękach w przeciągu mniej niż 24 godzin. Punkt zwrotny nastąpił, gdy Manuel przyciągnął pod arkadę tą starą 75-tkę i rozniósł gniazdo karabinu maszynowego. Gdy tylko poddał się Kapitanat, nie było nikogo, kto by wydawał rozkazy. Nie pozostał też żaden starszy oficer, który miałby ochotę i odwagę walczyć z całym miastem.

Poszedłem do domu. Przelałem swoją krew. Strzelałem, być może zabiłem. Uczestniczyłem w kilku okropnych zajściach, jakich nie chciałbym więcej oglądać. Ale Barcelona była nasza, należała do ludu. Byłem zbyt wyczerpany, by spać, a krew tętniła mi jak szalona. W środku nocy wziąłem swój karabin i przeszedłem się po mieście. Było tam wielu ludzi, których znałem z walk związkowych, przez lata robiąc to samo co oni. „Salud!”, wołali. Tu i ówdzie płonęły pożary. Brygady strażackie pędziły ulicami, biły dzwony. Plądrowano i podpalano sklepy i magazyny, a nawet niektóre domy prywatne, należące do powszechnie znanych falangistów lub prawicowych polityków. Strażacy starali się uratować skarby sztuki z jednego z kościołów. Wiele dzieci tańczyło na placach, śpiewając, przytupując nogami, śmiejąc się. Gdy przechodziłem obok, zawołały „Barcelona jest nasza!”

   Miguel Garcia


<< powrót