O tym, jak pozostać rewolucjonistą w epoce małej stabilizacji


Kiedy tysiące ludzi demonstrują na ulicach, wznoszą barykady, okupują gmachy publiczne i zakłady pracy, wybór właściwego sposobu działania nie nastręcza większych trudności. Nie chcemy kapitalizmu, więc wyrzucamy szefa i rządzimy się sami. Pragniemy demokracji bezpośredniej, to stosujemy akcję bezpośrednią i przepędzamy przedstawicieli władz, żeby działające już zgromadzenia obywateli mogły bez przeszkód kierować życiem publicznym. Podobnie postępujemy z wszystkimi strukturami władzy, które przeszkadzają w organizowaniu się społeczeństwa bez państwa i wyzysku. To najlepszy czas dla anarchistów. Wszystkie nasze działania mają charakter ofensywny, tworzą politykę faktów dokonanych. Każdy, kto w sytuacji rewolucyjnej mówi o konstytucji, zmianie ustaw i organizowaniu nowych wyborów jest reformistą, bo proponuje rozwiązania, które mogą pomóc wyłącznie zwolennikom starego porządku.

Sprawy się komplikują, kiedy reżim jest stosunkowo stabilny, a opór społeczny ledwo zauważalny. Nawet wszelkie działania anarchistów mają charakter defensywny. Polityka faktów dokonanych ogranicza się w takiej sytuacji do tworzenia skłotów, akcji Ford Not Bombs (FNB) i systemu LETS. Każde z tych działań oznacza unikanie konfrontacji z władzą i próbę tworzenia alternatywy poza systemem lub na jego marginesie. Przecież produktów na akcje FNB nikt nie pozyskuje podczas napadów na magazyny korporacji spożywczych, nie skłotujemy pałaców biskupich, a budowanie systemu bezgotówkowej wymiany LETS nie jest połączone z paleniem banków. To żaden wstyd, bo przeciwnik jest zbyt silny, a my zbyt nieliczni. Oczywiście, że czasem jakiś skłot jest atakowany przez policję, bywa że próbuje się aresztować ludzi rozdających jedzenie. Wówczas nie ustępujemy miejsca i sięgamy po bardziej radykalne metody walki, co nie zmienia faktu, że jest to obrona własnego podwórka, a nie atak na struktury państwa. Właściwie wszystkie akcje bezpośrednie podejmowane przez polskich anarchistów po roku 1989 były reakcją obronną na szczególnie niesprawiedliwe posunięcia władz państwowych, względnie prywatnych przedsiębiorców. Anarchiści nie są tutaj wyjątkiem, pracownicy sięgają po metodę strajku czynnego w ostateczności, żeby ratować swój zakład, a lokalne społeczności organizują najścia na urzędy i blokady, dopiero po wyczerpaniu wszelkich zgodnych z prawem metod protestu. Nawet najbardziej radykalni anarchiści nie idą z bronią do lasu, żeby organizować partyzantkę, ani nie porywają kapitalistów. Ten brak elementów ofensywnych w naszym działaniu staje się naszą słabością, kiedy nie znajdujemy już okazji, żeby wkroczyć na teren wroga i zaskoczyć go nową taktyką. Brakuje nam działań, które pozwolą pokazać społeczeństwu, co jest naszym celem, że chodzi nam o coś więcej niż bezkonfliktowe tworzenie alternatywy na marginesie systemu lub tak zwane akcje w obronie praw człowieka i obywatela. Stąd pojawiają się opinie ludzi spoza naszego ruchu, że jesteśmy potrzebni, bo nagłaśniamy nadużycia władzy, jesteśmy sumieniem organizacji pozarządowych, itp. To wszystko słodkie brednie, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że należy się ograniczać w swych działaniach i zadowalać się tym, że dzięki nam inni nie stoczą się w dyktaturę czy wyprzedawanie idei za dotacje. Tylko tyle i aż tyle. Dawni anarchiści trzymali jeszcze w rezerwie dynamit, my zrezygnowaliśmy z podobnych zabawek i teraz wyraźnie brakuje nam atutów w ręku. Nie oszukujmy się, że wykładami i broszurami pobudzimy ludzi do nowego myślenia o państwie i jego relacjach ze społeczeństwem. Potrzebujemy czegoś namacalnego, co posłuży do radykalnego zakwestionowania status quo. Potrzebujemy działania, którego cel będzie zrozumiały dla większej liczby osób, niż czytelnicy anarchistycznych periodyków. Potrzebujemy akcji, która pozwoli ludziom odczuć, że wykonują konkretną pracę na rzecz samorządnego i wolnościowego społeczeństwa.

Tym nowym sposobem może być zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o samorządzie terytorialnym, opartej na zasadach demokracji bezpośredniej. Ustawa i anarchiści, to brzmi dość kuriozalnie, ponieważ prawo było i jest naszym największym utrapieniem. Niemal każdy praktykujący anarchista spotkał się z represjami, zakazami i ograniczeniami swobód. To właśnie prawo jest zawsze ostatnim argumentem polityków, którzy chcą dokręcić śrubę obywatelom. A jednak odwołujemy się do prawa, kiedy legalizujemy demonstrację proczeczeńską obok trasy przejazdu prezydenta Putina, żeby w ten sposób utrudnić działanie służbom policyjnym (chodzi o demonstrację w Krakowie). Interwencja policji wywołuje w takim przypadku powszechne oburzenie i sprawia, że mamy więcej okazji do publicznych wypowiedzi o celach naszej akcji. Nawet starający się dochować wierności zasadom negowania prawa państwowego uczestnicy Federacji Anarchistycznej Praga zalegalizowali swoją demonstrację podczas warszawskich marszów PO i LPR. Anarchiści związani z OZZ IP organizowali akcje przeciw zmianom w Kodeksie Pracy. Wielu anarchistów wspierało też stowarzyszenia samotnych rodziców w ich kampanii zbierania podpisów pod obywatelskim projektem przywrócenia funduszu alimentacyjnego. Tabu zostało już dawno przełamane, ale udajemy, że nic podobnego nie miało miejsca, chociaż nie kompromituje nas fakt, że posługujemy się prawem państwowym, jeśli możemy w ten sposób dokopać władzy i zwalczamy je zaciekle, kiedy umacnia władzę silnych nad słabszymi. Pamiętajmy, że opozycja antykomunistyczna w latach 70. i 80. po wielekroć odwoływała się do zapisów Konstytucji PRL, właśnie wyłącznie po to, żeby władzom PRL zaszkodzić. Czy nie możemy działać podobnie?

Należy wytłumaczyć, po co nam formuła kampanii zbierania podpisów pod własnym projektem ustawy samorządowej. Chętnie pomagamy lokalnym społecznościom w organizowaniu protestów przeciw aroganckim decyzjom władz lokalnych i państwowych. Czasem nawet odnosimy zwycięstwo, ale po akcji wszyscy się rozchodzą, każdy w swoją stronę, a w świadomości obywateli pozostaje niewiele więcej niż sympatia dla anarchistów, która nie przeszkadza później w głosowaniu na PiS, PO, SLD i całą resztę. Brakuje okazji, żeby wzbudzić zainteresowanie anarchistycznymi pomysłami na reorganizację społeczeństwa, gdyż wszystko ogranicza się do interwencji w obronie tej lub innej społeczności. Kampania na rzecz radykalnej demokratyzacji samorządu pozwoli nam przekroczyć powyższe ograniczenia, będziemy mogli zaoferować nadzieję na prawdziwą samorządność w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej. Demonstracje i happeningi przestaną być wyłącznie prezentacją naszych poglądów, staną się kolejnymi etapami kampanii, która przybliża realizację zamierzonego celu. Nawet, jeśli nie zdołamy zebrać wymaganej liczby podpisów, to i tak sprawimy, że przybędzie zwolenników anarchistycznych propozycji, bo staną się bardziej czytelne dla ogółu. Wreszcie zaczniemy działać ofensywnie, przejmiemy inicjatywę.

To nie znaczy, że od tej pory uznajemy prawomocność parlamentu. Przypuśćmy, że zbierzemy podpisy, ale sejm odrzuci projekt. To świetny pretekst, żeby zakłócać pracę sejmu oraz biur poselskich. Nie będzie trudnym zadaniem wyjaśnienie ludziom, dlaczego przeprowadzamy radykalne akcje przeciw odrzuceniu projektu. Przypuśćmy, że sejm uchwali ustawę. Zyskamy w ten sposób własny przyczółek, terytorium odebrane politykom. Dużo łatwiej będzie żądać pełnej autonomii dla samorządów i dezorganizować państwo, jeśli tysiące ludzi doświadczy praktycznego działania demokracji bezpośredniej. Prosty przykład, 19 listopada 2006 roku w podparyskim mieście Ivry odbyło się zarządzone przez mera miasta referendum w sprawie dalszego istnienia szpitala położniczego im. Jeana Rostanda. 95 procent głosujących opowiedziało się za przetrwaniem szpitala. Ivry jest miastem zarządzanym partycypacyjnie z udziałem mieszkańców, ale to ostatnie referendum miało szczególne znaczenie. Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że referendum było nielegalne, ponieważ samorząd lokalny nie miał prawa naruszać kompetencji rządu, który decyduje o przyszłości szpitala. Powstało w ten sposób zupełnie nowe pole konfliktu, naruszono ustaloną granicę kompetencji pomiędzy obywatelami, samorządem i strukturami państwa. Czy nie o to nam chodzi?

Sekcja krakowska Federacji Anarchistycznej podjęła decyzję, że podejmie się tworzenia szerszej koalicji na rzecz zmiany ustawy o samorządzie gminnym. Kampania będzie się odbywać pod hasłami wykreślenia z ustawy o samorządzie gminnym stwierdzenia, że radnych "nie wiążą instrukcje wyborców" (Art. 23.1) i zastąpienie go zapisem, że uprawnienia radnych, burmistrzów i prezydentów miast zostają przekazane zebraniom mieszkańców. Chcemy przekonać pozostałe sekcje FA do podobnych działań. Czy działanie ofensywne nie jest bardziej rewolucyjne od wegetowania na marginesie systemu? Nie ulega zmianie nasza krytyka demokracji przedstawicielskiej, organizujemy się w dalszym ciągu oddolnie, a posłowie nie są dla nas żadnymi partnerami do współpracy, tylko adresatami naszych żądań. Kiedy wybuchnie rewolucja, ta ustawa będzie nic nie znaczącym świstkiem papieru, ale dzisiaj może się stać naszą bronią przeciw strukturom opresyjnej władzy.

   Rafał Górski
 uczestnik Federacji Anarchistycznej sekcja Kraków



<< powrót